piątek, 30 listopada 2012

saudade

Na Andrzejki - trochę Stasiuka. Andrzeja. Nie wiem, jak mogłam o nim zapomnieć. O Stasiuku się nie zapomina.

I znowu jest noc. Złotawy księżyc ledwo przeziera zza chmur. W nieruchomym powietrzu śnieg pada całkiem pionowo. Wygląda jak wielka firanka, za którą gdzieś daleko pali się żółta lampa. Wszystko razem przypomina nieskończenie wielki pokój, gdy nocą wędrowiec zagląda do okna obcego domu. 
(…) W noc cichą jak ta słychać, jak świat się starzeje. Przepalają się żarówki i tranzystory, rdza rozkłada mechanizmy, drewno w piecu spala się szybciej, niż rośnie w lesie, ubrania tleją i butwieją na naszych ciałach i z każdą chwilą są cieńsze i słabsze, pełne zamienia się w próżne, a potem w potłuczone, papieros w popielniczce własnoręcznie dokonuje żywota, obrazy i dźwięki parują z magnetycznych taśm i tusz opada w długopisie, a papier kruszeje jak opłatek i nawet fałszywe królestwo tworzyw sztucznych się nie oprze. To jest prawdziwy świat miłości, bo ciemny cień straty wisi nad nim jak jastrząb nad zdobyczą.
/„Zima”/

Tak. Od paru lat prześladują mnie wizje. Wyjeżdżam za południową albo wschodnią granicę, wracam po tygodniu albo dwóch i próbuję ustalić, co zdarzyło się naprawdę, a co było fikcją. Zza jednolitej materii świata przezierają zbłąkane zdarzenia. Czas pęka, rozłazi się i, żeby nie zwariować, wciąż trzeba go odtwarzać. Ta kruchość, ulotność, nietrwałość czasu to specyfika moich stron. Nigdy nie płynął tutaj równym, spokojnym nurtem, właściwym wielkim metropoliom. Zawsze coś stawało mu na przeszkodzie. Dzielił się, rozdwajał, zawracał, zakręcał, wchodził w dziwne relacje z przestrzenią, chwilami przycichał zupełnie i przepadał.
(…) Wędrówka ludów, w której wszyscy już teraz bierzemy udział, to w gruncie rzeczy wielka ucieczka. Uciekamy, emigrujemy z własnej dotychczasowej przestrzeni, z własnej historii, po prostu z własnego życia. Kiedyś wyruszaliśmy po to, by nasze życie stało się bardziej wartościowe, pełniejsze, po prostu lepsze, większe i bardziej ludzkie. Teraz, żyjąc, chcemy za wszelką cenę porzucić własne życie, chcemy z niego wyjść, chcemy w jednej chwili stać się kimś innym. W kulturze Zachodu te procesy są już oswojone i przypominają raczej zabawę niż dramat. Można wybrać sobie osobowość, temperament, światopogląd, tak jak wybiera się miejsce zamieszkania. Swoboda wyboru to codzienność. Zmienia się osobowość tak jak kolor włosów.
/„Fado”/

pełnia


“The moon is a loyal companion. It never leaves. It’s always there, watching, steadfast, knowing us in our light and dark moments, changing forever just as we do. Every day it’s a different version of itself. Sometimes weak and wan, sometimes strong and full of light. The moon understands what it means to be human. Uncertain. Alone. Cratered by imperfections.”
― Tahereh Mafi, "Shatter Me"

czwartek, 29 listopada 2012

I have died so many times before

two faces

Wasza radość jest waszym odsłoniętym smutkiem.
I to samo źródło, z którego rodzi się wasz śmiech, nieraz już wypełniały wasze łzy.
A czyż może być inaczej?
Im głębiej smutek drąży waszą istotę, tym więcej możecie pomieścić radości.
Czyż kielich zawierający wino nie jest tym samym kielichem, który garncarz wypalił w piecu?
A czy lutnia, która ukoi waszego ducha, nie jest tym samym drewnem wydrążonym nożami?
Kiedy jesteście weseli, wejrzyjcie w głąb własnego serca, a odkryjecie, że tylko to, co napełniło was smutkiem, teraz napełnia was radością.
Kiedy jesteście smutni, wejrzyjcie znów do swego serca, a zrozumiecie, że naprawdę płaczecie nad tym, co było waszą radością.
Niektórzy z was mówią: "Radość jest potężniejsza od smutku", a inni mówią: "Nie, smutek jest potężniejszy".
Lecz ja wam powiadam, że są od siebie nieodłączne
Razem przychodzą, a gdy jedno z nich zasiada z wami do stołu, pamiętajcie, że drugie śpi w waszym łożu.
Zaprawdę, zawieszeni jesteście jak szale wagi pomiędzy smutkiem a radością.
Tylko gdy macie w sobie pustkę, trwacie w bezruchu i równowadze.
A kiedy strażnik skarbca podniesie was, by zważyć swoje srebro i złoto, wasza radość lub smutek musi się unieść lub opaść.

/Khalil Gibran/

środa, 28 listopada 2012

szeptem

Dostałam kiedyś tomik wierszy Jesienina od mojej koleżanki Anki S., która była zdecydowaną rusofilką i nienawidziła Ameryki. Anki zapędów nikt chyba w liceum nie rozumiał i traktował jej zainteresowania jako sympatyczne dziwactwa, a ona po prostu była od nas wszystkich bardziej inteligentna i oczytana. Dostałam też od niej książkę "Mózg Lenina", rodzaj fantastyki naukowej, z dedykacją od "czekistki" Anki. Ciekawe, jakie ma teraz poglądy, Anka zamyślona, roześmiana, Anka o włosach kręconych, o głosie ciepłym. Jesienin jest od niej :)

Sergiusz Jesienin, ***

Usiądź przy mnie blisko, miła,
Spójrz mi w oczy aż do głębi,
By w twych oczach się odbiła
Zamieć co się we mnie kłębi.

Ten złocisty wdzięk jesieni,
Twoich włosów przędza lniana
Przyszły nagle jak zbawienie
Dla nicponia i Cygana.

Zostawiłem moje strony,
Gdzie śpią lasy, kwitną krzaki...
Miejską sławą usidlony
Chciałem pędzić dni hulaki.

Chciałem w sercu swym zagłuszyć
Szmery sadu, wiatr nad stepem,
Gdzie przy wtórze bzykań muszych
Wyrastałem na poetę.

A tam teraz także jesień,
Klony zaglądają w okna,
Sęki łap nurzają w strzesze -
Chcą znajomych starych spotkać.

Nie ma ich już między swemi,
Tylko miesiąc przy jaworach
Znaczy piędź cmentarnej ziemi,
Gdzie i nam niedługo pora.

Gdzie i nam po snach i trwogach
Przyjdzie spocząć u pni krzywych.
Każda ryta wichrem droga
Tylko radość leje  w żywych.

Usiądź przy mnie blisko, miła,
Spójrz mi w oczy aż do głebi,
By w twych oczach się odbiła
Zamieć co się we mnie kłębi.
1923

wtorek, 27 listopada 2012

wielkim żółtym wykrzyknikiem jestem dziś


„Jezus Maria Peszek” to dla mnie płyta roku, bezsprzecznie. Nie umywa się do niej żadna inna z kupionych w tym roku nowości lub tych tylko przesłuchanych, żadna z tych, których słuchałam i słuchałam godzinami jak zaczarowana (jak np. TheXX). Jest to również zdecydowanie najlepszy krążek Peszek, dwa poprzednie były raczej przymiarką do tego, co udało się jej wypracować zarówno na poziomie tekstów, jak i muzycznie.
„Śmieciowa królowa” śpiewa w głównej mierze o sobie, ale nie jest to żaden zarzut, skoro autobiografizm jest od wiek wieków jednym z najlepszych tworzyw wypowiedzi artystycznej. Jest tylko jedno „ale” - o osobistym charakterze tych piosenek dowiedzieliśmy się z udzielanych tygodnikom opinii wywiadów wprowadzających obszerne didaskalia, z których każdy był „ekskluzywny”, a każdy następny coraz bardziej wprowadzał odbiorców w zażenowanie. Niektórzy zaczęli się śmiać z artystki, zakładając w internecie grupy w stylu „cierpię jak Maria Peszek w Bangkoku”. W pewnym momencie uznałam, że te wszystkie wywiady są niepotrzebne, chociaż zapewne miały mieć głównie efekt marketingowy, bo muzyka i tak obroniłaby się sama. Ekshibicjonizm (i narcyzm) jest jednak również cechą szczególną artystów, więc wybaczalną, tym bardziej, że promowany tu w ten sposób produkt jest świetny.
Powalają zwłaszcza teksty Peszek, w których czasami pobrzmiewają jeszcze zbyt łatwe metafory, ale te są mimo wszystko wyjątkiem, jeśli wziąć pod uwagę całość naprawdę przyzwoitego języka poetyckiego. Wiersze „śmieciowej królowej” są gęste i duszne, mówią nie tylko o stanach depresyjnych (zbankrutował mi dzisiaj cały świat; ej tu jestem na dnie; tak mi dzisiaj bardzo źle) i myślach samobójczych (wiem, jak umrę i z kim) czy epizodach manii następujących po depresyjnych (teraz będę już szczęśliwa; padam padam jak to dobrze, że cię mam), ale przede wszystkim o osobistych wyborach (nie chcę być matką), niezgodzie na jedyny słuszny model patriotyzmu (nie chciej Polsko mojej krwi; boli mnie Polska, wisi mi krzyż), odrzuceniu wiary (pan nie jest moim pasterzem i niczego mi nie brak). Nawet w piosenkach, które z pozoru są pozytywne („Padam”, „Wyścigówka”) jest w podtekście jakiś niepokój, świadomość kruchości stanu szczęścia.
Autoportret Peszek znajdziemy w pierwszej, promowanej teraz piosence, „Ludzie psy” - w jednej zwrotce jest tu więcej udanych metafor niż w niejednej całej płycie polskich „artystów”:

Ja niedobro narodowe
ja pod skórą drzazga
samo mięso duszy
 ja porno, ja miazga
ja czarny kot, ja wściekły pies,
ja chwast i ja blizna
i ja niechcianych słów
jedyna ojczyzna
dla was drapię strupy myśli
dla was w supły wiążę słowa
dla was śpiewam pieśni z pleśni
śmieciowa królowa

Do tego wszystkiego muzycznie jest naprawdę bardzo ciekawie.
Chapeaux bas!


poniedziałek, 26 listopada 2012

tak

Pochwała Ewy

Marc Chagall "Adam i Ewa"

Historia Adama i Ewy i ich wygnania z raju wcale nie jest, jak zwykło się nam wmawiać na katechezach i w kościele, historią upadku człowieka. To raczej opowieść o narodzinach człowieczeństwa. Kim byli owi „pierwsi rodzice”, jeszcze w raju? Nie czuli wstydu, nie musieli się o nic troszczyć, nie chorowali, nie popełniali grzechów. Byli jak dzieci we mgle albo jak zwierzęta, których przecież nie dotyczy etyka i moralność. Tymczasem Ewa „zwiodła” Adama i ten zjadł owoc z drzewa poznania złego i dobrego. Wcześniej biblijna para zatem nie potrafiła rozpoznać, co jest dobre, a co złe, byli niesamodzielni, wszystko podał im Bóg, jak na tacy. Nie mogli nawet mieć pojęcia o tym, że dobro i zło mogą być rozłączne, że w ogóle istnieje taki podział. Świat był jednolity, a jedynym przejawem dualizmu była różnica w ich płciach, podobnie jak u zwierząt.
I oto Ewa, którą niesłusznie odsądza się od czci i wiary, nakłania Adama do „grzechu”. Grzech ma ewidentnie negatywne konotacje, jest złem samym w sobie, sprzeniewierzeniem się Bogu. Ale ten błąd, „grzech” pierwszych ludzi tak naprawdę jest początkiem człowieczeństwa. Od tej pory człowiek może wybierać, choćby między dobrem i złem, które jawią się przed nim w całej swojej postaci samodzielnego życia. Bóg już nie ma nad nim bezpośredniej kontroli, owszem, skończył się dobrobyt, ale człowiek wreszcie może sam decydować,  czy chce zawierzyć Bogu, czy nie. Może decydować, co zrobić ze swoim życiem. Nie musi mieszkać w nudnym, radosnym, szczęśliwym raju. Owszem, ceną za to jest cierpienie, któż by jednak jej nie zapłacił za samodzielność, dorosłość? Zatem – chwalmy Ewę, bo to ona jest w istocie matką Ludzi.

niedziela, 25 listopada 2012

rozgoryczenie

Już wiem, co jest. Dlaczego ostatnio opadłam z sił, jestem zniechęcona, zmęczona, wrzucam jakieś głupoty, silę się na pseudointelektualizm, szukam dziury w całym. Kilka dni temu okazało się, że we Wrocławiu jest możliwy antydyskryminacyjny program edukacyjny. I że można go zrobić z rozmachem, z taktem, nie upierając się przy swoim, nie forsując treści, których na siłę nie można w szkole wprowadzić, natomiast zachęcając uczniów do swojej aktywności i promując działania oddolne. Do tego - przy współpracy UM, nie obrażając się o ilość pieniędzy i nie traktując każdego wycofania się jako dowodu ksenofobii i braku lojalności. I jeszcze - traktując uczniów podmiotowo.
Szczerze? Nie sądzę, żeby ten program był szczególnie fascynujący. Dużo w nim zależy od tych, którzy będą prowadzić zajęcia i pod okiem których uczniowie będą przygotowywać swoje projekty. Ale... UDAŁ SIĘ.

a bottle of warm beer


Sławomir Elsner, Trzy zdania
Każdy kto miał
rozcięte serce,
nosi w sobie jad.
Poezja wysysa z nas
śpiącego niedźwiedzia.
W Jaskiniach Mulu
słychać mnie,
kiedy ziewam.



sobota, 24 listopada 2012

dwadwadwa

Lecz oto w tej samej chwili coś się wydarzyło. Nie wiedziała, skąd się tam wziął, ale nagle ujrzała przed sobą małego człowieczka. Był szary jak zmrok i unosił się w powietrzu jak mgły wieczorne. Oczy miał tak stare jak stara jest ziemia i kamienie, jego głos był tak stary jak szmer wody w rzece i szum wiatru w koronach drzew. I przemówił do niej, choć tak cicho, że ledwie go słyszała.
- Teraz koniec z tym - szemrał. - Koniec z dwadwadwa i ze stukaniem nad naszymi głowami. Teraz koniec z tym!
Kiedy tak mówił, Stina Maria zrozumiała, że miała przed sobą jednego z Mrocznych. Ogarnął ją strach tak wielki, jakiego nigdy dotąd nie czuła. Nie mogła ani się odezwać, ani poruszyć, siedziała tylko zdrętwiała na lisim kamieniu i słuchała tego szemrzącego głosu.
/Astrid Lindgren "Południowa łąka"/


Wielka trójca literatury dziecięcej skandynawskiej: Andersen, Lindgren i Jansson. Tak samo 30 lat temu, jak i dziś :) Niektórzy dorzucają jeszcze Zachariasa Topeliusa, ale to chyba jednak bardzo na wyrost. Tak, książka dla dzieci też mi się marzy.

piątek, 23 listopada 2012

low tide

Na przekór głosom mocnym, czystym, pięknym.
Na przekór temu, co idealne.
Temu, co dąży do doskonałości, co się nad sobą zachwyca.
Temu, co kocha się w sobie najbardziej i podziwia swój idealny obraz w innych.

czwartek, 22 listopada 2012

drabina jakubowa

Oniryzm w literaturze - lubię bardzo... I mnie ostatnio dużo się śni, nawet bardzo często, a raczej - to ja częściej zapamiętuję swoje sny.
Napisać powieść somnambuliczną może by tak?... Podobno skłonność do lunatykowania (co oznacza nie tylko chodzenie we śnie, ale np. siadanie, ubieranie się, jedzenie, picie, mówienie przez sen) posiada aż 18 proc. populacji! Co piąty z nas lunatykuje!

William Blake, Drabina Jakubowa

Jakub wyszedłszy z Beer-Szeby wędrował do Charanu, trafił na jakieś miejsce i tam się zatrzymał na nocleg, gdy słońce już zaszło. Wziął więc z tego miejsca kamień i podłożył go sobie pod głowę, układając się do snu na tym właśnie miejscu. We śnie ujrzał drabinę opartą na ziemi, sięgającą swym wierzchołkiem nieba, oraz aniołów Bożych, którzy wchodzili w górę i schodzili na dół. A oto Pan stał na jej szczycie i mówił: «Ja jestem Pan, Bóg Abrahama i Bóg Izaaka. Ziemię, na której leżysz, oddaję tobie i twemu potomstwu. A potomstwo twe będzie tak liczne jak proch ziemi, ty zaś rozprzestrzenisz się na zachód i na wschód, na północ i na południe; wszystkie plemiona ziemi otrzymają błogosławieństwo przez ciebie i przez twych potomków. Ja jestem z tobą i będę cię strzegł, gdziekolwiek się udasz; a potem sprowadzę cię do tego kraju. Bo nie opuszczę cię, dopóki nie spełnię tego, co ci obiecuję». A gdy Jakub zbudził się ze snu, pomyślał: «Prawdziwie Pan jest na tym miejscu, a ja nie wiedziałem». I zdjęty trwogą rzekł: «O, jakże miejsce to przejmuje grozą! Prawdziwie jest to dom Boga i brama nieba!» Wstawszy więc rano, wziął ów kamień, który podłożył sobie pod głowę, postawił go jako stelę i rozlał na jego wierzchu oliwę. I dał temu miejscu nazwę Betel. – Natomiast pierwotna nazwa tego miejsca była Luz. – Po czym złożył taki ślub: «Jeżeli Pan Bóg będzie ze mną, strzegąc mnie w drodze, w którą wyruszyłem, jeżeli da mi chleb do jedzenia i ubranie do okrycia się i jeżeli wrócę szczęśliwie do domu ojca mojego, Pan będzie moim Bogiem. Ten zaś kamień, który postawiłem jako stelę, będzie domem Boga. Z wszystkiego, co mi dasz, będę Ci składał w ofierze dziesięcinę» (Rdz 28, 10-22).

wtorek, 20 listopada 2012

cieknie srebro atmosfery


Józef Czechowicz, Erotyk

błękitne pierwsze litery
żałobne zaślubiny
pełnia drapieżna
suto cieknie srebro atmosfery
na głębiny

ty ich nie znasz
iskry z czarnego metalu
myśli od prądów osłabłe
opad żalu
z nagła zorza zadrżała
świetlistość widzę ciała
świeższą od złotych jabłek

stopione razem
wiersze za mgłą
noce nizinne
szklane
jak upał i chłód
ze snu schodzących potęg

czy wiesz te wiersze co cichną
dla ciebie erotyk
srebrna duszyczko zwrotek
marychno


poniedziałek, 19 listopada 2012

pręgi


Dzisiaj jest Międzynarodowy Dzień Zapobiegania Przemocy wobec Dzieci.
Moja koleżanka Natalia napisała dziś tak: "Przemoc zapisuje się w głowach trwalej i silniej niż wspólne spacery z tatą, przytulanie mamy i wesołe rodzinne wigilie. Z plecaków, do których przez lata rodzice wrzucali nam dobro i zło - w swoich własnych rodzinach wyciągamy to samo zło, które z chorej "miłości" zafundowali nam nasi rodzice. I żadna kurwa siła nie jest w stanie tego gówna przerwać :(((((("




Ja dorzucam jeszcze to...

niedziela, 18 listopada 2012

Wagenburg

Tydzień temu we Wrocławiu narodowcy napadli na squat. Warto przeczytać tekst "Obudź się, Wrocławiu", a w nim m.in.:

Olga Tokarczuk, pisarka:

W Polsce strach przed jakąkolwiek lewicą jest tak duży, tak irracjonalny, tak niemądrze podsycany przez prawicowe media i Kościół, że zupełnie oślepliśmy na prawe oko. Stopień przyzwolenia na głoszenie poglądów rasistowskich i antydemokratycznych jest niebywały. Konserwatywnie zorientowana większość społeczeństwa traktuje to jako rodzaj normy, środka. Wszystko, co do tej normy nie przystaje, jest traktowane modnym ostatnio słowem "lewactwo". "Lewactwem" są więc i rządy Hollande'a we Francji, i in vitro, prawa kobiet, i wegetarianizm. Tymczasem nie można stawiać na równi hasła "Polska dla Polaków" z "lewackim" hasłem "Polska biała tylko zimą". To pierwsze jest rasistowskie, a rasizm jest w Polsce karany. Nie mam zamiaru przywoływać tutaj wszystkich haseł, jakie skandowano podczas marszu, jednak wiele z nich była jawnym nawoływaniem do przemocy i właściwie każdy inteligentny obserwator mógł się domyślać, że nabuzowane czoło pochodu będzie szukało kozła ofiarnego. To też znamy z historii. Dlaczego Wrocław? To pytanie zadawałam sobie, patrząc na ogromny pochód, słysząc agresywne hasła i uskakując przed rzucanymi pod nogi petardami. Czy cała latami i z wysiłkiem budowana tożsamość miasta jako wielokulturowego, otwartego, europejskiego, nowoczesnego wzięła w łeb? Czy była doraźnym pijarem?

Dorzucę tu jeszcze Martina Niemöllera, bo ważny jest i godne miejsce będzie tu miał.

Kiedy przyszli po Żydów, nie protestowałem. Nie byłem przecież Żydem. 
Kiedy przyszli po komunistów, nie protestowałem. Nie byłem przecież komunistą. 
Kiedy przyszli po socjaldemokratów, nie protestowałem. Nie byłem przecież socjaldemokratą. 
Kiedy przyszli po związkowców, nie protestowałem. Nie byłem przecież związkowcem. 
Kiedy przyszli po mnie, nikt nie protestował. Nikogo już nie było.

sobota, 17 listopada 2012

thank you frailty



thank you india
thank you terror
thank you disillusionment
thank you frailty
thank you consequence
thank you thank you silence
(…)
thank you india
thank you providence
thank you disillusionment
thank you nothingness
thank you clarity
thank you thank you silence

piątek, 16 listopada 2012

Mira



Byłam dziś u malarki, Miry Żelechower-Aleksiun, od której odbierałam obraz na hospicyjną aukcję. Pani Mira była zaniepokojona tym, co dzieje się teraz w Izraelu, w Jerozolimie bowiem mieszka jej córka z wnukiem, od rana ogląda relacje w telewizji. W ten sposób i dla mnie konflikt izraelsko-palestyński nabrał dziś innego, bardziej osobistego znaczenia.

Poza panteonem

Mira Aleksiun to wyjątkowa artystka, o dużej potrzebie duchowości, która przeszła w swoim życiu wyznaniową przemianę, podyktowaną podróżą do swoich korzeni: od chrześcijaństwa do judaizmu. W jej pracach odbija się jej rozwój duchowy, poszukiwanie tożsamości, przeżywanie wiary, odkrywanie w sobie żydowskości. Cykl „Światło Midraszy” jest komentarzem do czytań z Tory, z kolei „Kalendarz Schulzowski” czerpie z prozy pisarza z Drohobycza. We wcześniejszych pracach widać z kolei fascynację Biblią. Mira Aleksiun do dziś aktywnie działa na rzecz pojednania chrześcijan i Żydów. 

Z cyklu "Światło Midraszy"
Z cyklu "Światło Midraszy"



Twórczość pani Miry jest ze mną od dawna. Jako dziecko chodziłam do kościoła, gdzie w latach 80. pojawiły się wyjątkowe obrazy – ilustracje tajemnic różańcowych jej autorstwa. Stały się dla mnie, kilkuletniej dziewczynki, swoistą Biblią pauperum, kiedy nudę ceremonii mszalnych wypełniałam studiowaniem tych mrocznych, magicznych, pięknych obrazów. Chyba tylko dzięki nim nie straciłam jeszcze 
wtedy wiary. Pamiętam, że był problem z tymi obrazami – ludziom nie podobało się, że namalowała je Żydówka, chcieli je nawet usunąć, zastąpić innymi. Na szczęście zostały. Dziś chyba mało kto wie, że ten pokraczny, niemodny dziś budynek, jakim jest Kościół św. Trójcy na wrocławskich Krzykach, kryje w sobie prawdziwe dzieła sztuki. Myślę, że za kilkadziesiąt lat będzie jeszcze o nich głośno.
A tymczasem mam panią Mirę w pamięci.



czwartek, 15 listopada 2012

trudne

- Ponieważ to jest coś, o co się nigdy nie powinno prosić dziecka - brnęłam dalej. - Żeby przytuliło, pocieszyło, ratowało w nieszczęściu. Dodawanie odwagi i miłość powinny działać ku przyszłości, nie wstecz. Jest to jeszcze jedna z żelaznych zasad. Kiedy starsza osoba zaczyna domagać się miłości, wszystko traci wartość. Przypomina to ojca czy matkę kładących się z dzieckiem do łóżka. Jakieś to nienaturalne.
A jednak, jak ciężko rezygnować z bezpośredniego dotyku, z tych wszystkich dotyków, które nas wiążą z życiem! To jakby statek parowy oddalający się od nabrzeża, wstążki się naprężają, pękają, opadają. Wyruszanie w ostatnią podróż. (...)
(...) kiedy rodzisz dziecko z własnego ciała, dzielisz się z nim życiem, dajesz mu życie. Przede wszystkim pierwszemu dziecku, pierworodnemu. Twoje życie nie należy odtąd w całości do ciebie, jest jakby wspólne z dzieckiem. Dlatego my właściwie nie umieramy całkowicie, po prostu przekazujemy nasze życie, ono przez chwilę było w nas, a teraz podaliśmy je dalej. Ja jestem tylko skorupą, co sam widzisz, którą opuściła moja córka. Nie ma znaczenia, co stanie się ze mną. Nie ma znaczenia, co dzieje się ze starymi ludźmi. (...) Jest rzeczą przerażającą być na granicy odejścia. Nawet jeśli się jej dotyka tylko czubkami palców. Nikt nie chce odchodzić.
/J.M. Coetzee, "Wiek żelaza"/

Mama...
Zawsze się zastanawiam, kto robił to zdjęcie, do kogo się tak uśmiecha zalotnie...

Teraz mnie potrzebuje. Walczę z tym w sobie. Lata chłodu i milczenia zrobiły swoje, od nowa muszę się uczyć miłości do niej. Trudnej, o wiele trudniejszej niż ta, którą miała kiedyś - bezwarunkową miłość dziecka zapatrzonego w rodzica, pierwszy autorytet. Kiedy w późniejszym wieku kończy się czas idealizowania i  zachwyt dziecka gaśnie, a jego miejsce zastępuje żal, czasem nie ma powrotu.

środa, 14 listopada 2012

air of life

Miałam szczęście być na jej koncercie :) Jest świetna i niedługo przyjeżdża znów. Dawno jej nie słuchałam, bo zupełnie inne nuty mi w głowie miejsce znalazły, ale dziś wracam, bo warto - chociażby dla tej pozytywnej energii.



Hm... ciekawe, czy ma koka zrobionego na skarpetkę :D

wtorek, 13 listopada 2012

poniedziałek, 12 listopada 2012

des taxis pour les galaxies

„Cafe de flore” to film, który ma duży potencjał, ale za bardzo ociera się o kicz, żeby być po prostu dobry. Wiodącą historią jest obraz rozstania Carole i Antoine, pary będącej ze sobą od czasu dorastania. Przekonani do o pokrewieństwie swoich dusz i o tym, że są dla siebie wybrani i wyjątkowi, że ich miłość jest jedyna i absolutna, cierpią z powodu rozstania, które spadło na nich po 25 latach wspólnego życia jako idealna rodzina. Oboje wierzą w mit miłości absolutnej, więc w momencie, kiedy ich związek rozpada się, zadają sobie pytanie, jak to możliwe, żeby to idealne uczucie skończyło się i mogło być zastąpione innym, wcale nie gorszym, również idealnym, jedynym. Pytanie to zadaje sobie przede wszystkim Carole, która nagle zostaje sama. Próbuje sobie wyjaśnić to, co ją spotkało, na wiele sposobów, jednak nie znajduje odpowiedzi. Pytanie to męczy również Antoine'a, który żyje z poczuciem winy i długo nie potrafi zapewnić poczucia bezpieczeństwa swojej nowej wybrance. Aby tak się stało, Carole wszak musi mu wybaczyć, pogodzić się z tym, co się stało, pozwolić ukochanemu odejść, a ona jest wciąż w żałobie po związku i na skraju rozpaczy, bliska odebrania sobie życia.
Okazuje się jednak, że jedyne wyjaśnienie, które jest w stanie zaakceptować, jest dość kuriozalne, wręcz kiczowate i to najsłabszy moment filmu. A ponieważ jest to jednak ogniwo spajające dwie równolegle opowiadane historie: Carole i Antoine'a oraz Jacqueline, samotnej matki wychowującej syna z zespołem Downa (w tej roli świetna Vanessa Paradis), w efekcie ciągnie cały film w dół. Podobnie jak sielankowa końcówka, dość mało prawdopodobna, mocno przesłodzona. Szkoda, bo estetycznie jest to prawdziwa perełka, dawno nie widziałam w kinie tak dopracowanych zdjęć, pięknych kadrów, celnych obserwacji, zachwytu nad szczegółem, piękna brzydoty, nie słyszałam tak bliskiej mi muzyki (a na końcu… „Le vent nous portera”…, czyli „Uniesie nas wiatr” - ale jako cover).
Jest to więc film dobry i niedobry zarazem. Bardzo dobrze zagrany, bardzo dobrze nakręcony, ale wpadający w banał i pretensjonalny. Okazuje się, że trudno jest we współczesnym kinie mówić o absolutnej miłości językiem, który by nie był kiczowaty. Może dlatego, że, zamknięci w ramach racjonalizmu i życiowych doświadczeń, nie możemy w taką miłość uwierzyć. Chociaż...


piątek, 9 listopada 2012

Postój


Jechałam pociągiem i w Rawiczu okazało się, że będziemy mieć ok. 20-minutowy postój.
- Jakiś samobójca rzucił się pod pociąg, trzeba czekać – oznajmił konduktor, zaglądając do każdego przedziału, a z chętnymi dzieląc się dalszymi szczegółami opowieści.
- Fuck! Co za palant, jeśli przeżył, niech go dobiją – fuknęła młoda dziewczyna w moim przedziale. – Który dziś jest? Siódmy? Może miał szczęście, może zginął.
Wzięła torebkę i wyszła na korytarz.
- Ciekawe, czy będzie coś widać – powiedziała podniecona, kiedy wróciła do przedziału tuż przed odjazdem.
Po 20 minutach pociąg w istocie ruszył.
Starsze panie z przedziału obok wypatrywały śladów, stojąc na korytarzu obok konduktora. Moja sąsiadka wykręcała głowę na obie strony pociągu, próbując coś dojrzeć z środka. „Czarne worki”, „zbierają”, „tyle ludzi”, „policja”, „170 na godzinę” – dobiegały głosy z korytarza.
- Mój Boże, jak już ktoś popełnia samobójstwo, powinien to robić tak, żeby u innych nie wywołać traumy – odezwała się pani siedząca w środku.
Tak. Niech nam się nie narzucają ze swoimi depresjami, problemami nie do rozwiązania, życiowym tchórzostwem, biedą, swoim powszednim bólem, który staje się nie do zniesienia. Ze swoim niemym krzykiem anonimowości, bo wszystko, co będziemy o nich wiedzieć teraz, to to, że rzucili się pod pociąg i innym zrobili źle. Wśród nich zapewne więcej jest mężczyzn niż kobiet, te ostatnie wybierają bardziej dyskretne metody: przedawkowanie tabletek, podcięcie żył. Desperaci rzucają się pod pociąg, spadają z kościelnych wież, z mostów, z wieżowców. To, że obok nas czai się ich depresja, lęk i nieporadność jest dla niektórych nie do zniesienia, włazi w ich prywatność i kruche poczucie szczęścia, zaburza poukładaną codzienność. Bo oto okazuje się, że człowiek jest słaby i że czasem jedynym wyjściem jest wybór nieodwracalnego.
- Palant zepsuł mi dzień – burczy dziewczyna i wyciąga z torebki lakier do paznokci, żeby poprawić manicure.

czwartek, 8 listopada 2012

już nie

ja ty on ona ono


Nikt nie odrzuca ciebie, odrzuca tylko to, kim jesteś według jego mniemania. Zresztą, jest to broń obosieczna, nikt też nie akceptuje ciebie. Dopóki ludzie się nie obudzą, po prostu akceptują lub odrzucają posiadane przez siebie wyobrażenie o tobie. Stworzyli sobie twój wizerunek i albo go odrzucają, albo akceptują.
                                                                                                       /Anthony de Mello/


środa, 7 listopada 2012

jeu d'echecs

W taką beznadziejną pogodę trzeba się jakąś miękką muzyką podratować, bo idzie wykitować.




vanitas

Walt Whitman, Czy nigdy na ciebie nie przyszła godzina

Czy nigdy na ciebie nie przyszła godzina,
Boski promień spadający nagle, aż pękają te bańki mydlane, moda, bogactwo,
Te gorliwe cele działania - książki, polityka, sztuka, amory,
I zostaje zupełnie nic?

Zdjęcie: Tomasz Gudzowaty

wtorek, 6 listopada 2012

fistaszki!

Jeżeli nerwica ma polegać na tym, że człowiek pragnie dwóch, zupełnie sprzecznych ze sobą rzeczy naraz, to, owszem, w takim razie jestem wariatką! Wiem, że przez całe życie będę się miotała pomiędzy różnymi, wykluczającymi się nawzajem pragnieniami! /Sylvia Plath, "Szklany klosz"/

poniedziałek, 5 listopada 2012

trzaski nocne

Mój ojciec powoli zanikał, wiądł w oczach.
Przykucnięty pod wielkimi poduszkami, dziko nastroszony kępami siwych włosów, rozmawiał ze sobą półgłosem, pogrążony w jakieś zawiłe wewnętrzne afery. Zdawać się mogło, że osobowość jego rozpadła się na wiele pokłóconych i rozbieżnych jaźni, gdyż kłócił się ze sobą głośno, pertraktował usilnie i namiętnie, przekonywał i prosił, to znowu zdawał się przewodniczyć zgromadzeniu wielu interesantów, których usiłował z całym nakładem żarliwości i swady pogodzić. Ale za każdym razem te hałaśliwe zebrania, pełne gorących temperamentów, rozpryskiwały się przy końcu wśród klątw, złorzeczeń i obelg. (...)
Zauważyliśmy wówczas wszyscy, że ojciec zaczął z dnia na dzień maleć jak orzech, który zasycha wewnątrz łupiny.
Zanikowi temu nie towarzyszył bynajmniej upadek sił. Przeciwnie, stan jego zdrowia, humor, ruchliwość zdawały się poprawiać.
Często śmiał się teraz głośno i szczebiotliwie, zanosił się wprost od śmiechu, albo też pukał w łóżko i odpowiadał sobie "proszę" w różnych tonacjach, wspinał się na szafę i przykucnięty pod sufitem porządkował coś w starych gratach, pełnych rdzy i kurzu.
/Bruno Schulz, "Sklepy cynamonowe" - "Nawiedzenie"/

1937, Manekiny krawca
Uwielbiam prozę Schulza. Jego grafiki również. Myślę, że, jak na ten talent, jest mimo wszystko niedoceniony albo doceniony niedostatecznie. Od dawna marzy mi się podróż do Drohobycza i do Truskawca, gdzie mieszkał i gdzie się leczył. Jako człowiek był ponoć zakompleksiony, niepozorny, nieśmiały, zamknięty w sobie. Introwertyzm był u niego oznaką wielkiej wyobraźni, której dał, na szczęście, upust w "Sklepach cynamonowych", "Sanatorium pod Klepsydrą", "Xiędze bałwochwalczej", freskach czy ilustracjach do "Ferdydurke" - tylko tyle po sobie zostawił. Jeszcze przekład "Procesu" Kafki.

W przyszłym tygodniu we Wrocławiu będzie Festiwal im. Brunona Schulza. Został zaplanowany z rozmachem, na pięć dni, które wypełnią panele dyskusyjne, wykłady, wernisaże, koncerty, zajęcia dla licealistów, konferencja naukowa. Wśród gości Gross, Flaszen, Gebert, Andruchowycz, Mikołejko, Bielik-Robson, Varga, Huelle, Śpiewak, Tuszyńska, Nowicki... W programie dyskusje nie tylko nad twórczością Schulza, ale i o stosunkach polsko-ukraińskich, żydostwie, życiu literackim Żydów. Imponujące. Skąd na to pieniądze - nie wiem. Ponoć od Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Tak czy inaczej - cieszę się. Bo jeszcze przed kryzysem trochę strawy duchowej mnie znieczuli.

1934, Bruno Schulz uczy rysunku w gimnazjum w Drohobyczu

niedziela, 4 listopada 2012

beats of freedom


"Beats of freedom" to bardzo dobry film, chociaż Skiba wyszedł tu na głównego inicjatora i zadymiarza Pomarańczowej Alternatywy, a jedni rozmówcy byli "bardziej" od innych. Tym niemniej - to ważny obraz. Podejrzewam, że należę do ostatniego pokolenia, które ten film jest w stanie naprawdę zrozumieć.



sobota, 3 listopada 2012

dotknąć morza

Julia Fiedorczuk, *** Droga. Lądowanie


Wyruszyłam w tę podróż, żeby przewietrzyć sny.
A nasze drogi przecięły się w niebie
gdzie szczupli ludzie zakładali maski
cicho jak buddowie. Twój głos
poprowadził mnie przez wyślizgane równiny
pełne światła o kolorze krwi.

Wyruszyłam w tę podróż, żeby jeszcze bardziej.
Dotknąć morza, które przez nas płynie.
Oto czemu zdobywam coraz nowe miasta.
Spadam z nieba jak dyskretny anioł.
Zaś gdy odchodzę nie zostawiam śladów.
Ani garstki piasku. Ani kropli wody.

Bowiem moją kroplę połączę z twoim oceanem:
chcesz, umrę z tobą. Tak się czasem mówi.
Bezbronne ciało nie sprosta źdźbłom czasu.
Ta historia mogłaby jednak mieć zakończenie,
bowiem teraz jeszcze jak najbardziej my.
Więc wyruszyłam w tę podróż, żeby coś znaleźć

lub zgubić. Wiersz
w kieliszku czerwonego wina.
Rzekę pełną popiołu i łez.

(Bowiem w mieście powinna zawsze obowiązywać noc)

Więc wyruszyłam w tę podróż by wrócić
lub nie.

Ty przygotowałeś łąkę.
Na której spłonęłam.


piątek, 2 listopada 2012

Schiele

Jeden z moich ulubionych malarzy, Egon Schiele, to malarz ciała. Pozostający pod wyraźnym wpływem Klimta, Schiele studiuje kobiecość i męskość, ale nie w ich naturalności, lecz w wystudiowanych, czasem dziwacznych, sztucznych pozach. Jest w jego obrazach coś niepokojącego, jakiś rodzaj napięcia, niespełnienia. Od erotyzmu u Schiele blisko do cierpienia i śmierci.



 

Kropkę nad i stawia Tori Amos, dziś rano usłyszana w Trójce :)