niedziela, 30 grudnia 2012

modlitwa

Nowy roku, przyjdź już.
Z nowymi siłami.
Przynieś mi wiarę w siebie.
Postaw na mojej drodze samych dobrych ludzi.
Nie pozwól mi krzywdzić.
Daj mi światło.
Pomóż wybierać dobrze.
Uchroń mnie od błędów.
Amen



Parę lat temu na innym blogu w Nowy Rok zamieściłam tę piosenkę. Nadal w nią wierzę.


A na lepszy nastrój...


piątek, 28 grudnia 2012

maladie

Ze wszystkich chorób starczego wieku najtrudniejsze dla otoczenia są chyba jednak te, które przebiegają z objawami neurodegeneracji. Jeśli jesteś chory, ale w pełni władz umysłowych i inteligencji ci raczej nie ubywa albo niewiele, cierpisz świadomie, lecz jesteś w stanie, choćby z uwagi na dobro osób towarzyszących ci w niedoli, zaakceptować swój stan i nie sprawiać im dodatkowych kłopotów. Czasem nawet potrafisz pogodzić się ze swoim losem, a przynajmniej podejmujesz dialog.
Jeśli oprócz ciała choruje również umysł, między tobą a bliskimi często wyrasta mur niezrozumienia. Bo np. budzisz się w nocy i wydaje ci się, że to już dzień, więc ubierasz się i zaczynasz robić śniadanie, nie mogąc zrozumieć, że twój opiekun, zmęczony trudem dnia, chce wypocząć i nie ma siły się z tobą całą noc kłócić. Albo np. w sklepie, jeśli jeszcze jesteś w stanie wybrać jakieś produkty, nie potrafisz za nie zapłacić i robisz problem i sobie, i ekspedientce. Albo upierasz się, że musisz koniecznie gdzieś wyjść, chociaż to nie pora na to ani nie ma takiej potrzeby. Jesteś bezsilny, ale i twoi opiekunowie są bezsilni, przerażeni, zmęczeni, wyprowadzeni z równowagi.
Niczego nie można ci wytłumaczyć, nie można przekonać, że to inni tym razem mają rację, a nie ty. Kilkanaście razy dziennie trzeba się z tobą siłować i spierać, tłumaczyć po kilkanaście razy to, czego i tak nie zrozumiesz, bo nie możesz. Więc w pewnym momencie twojemu opiekunowi siadają nerwy i popada w apatię, pozwalając ci robić to, co chcesz, a ty wychodzisz z domu na mróz, w samej piżamie i kapciach na nogach, wędrujesz w byle jakim kierunku, byle gdzie, byle dalej od twojego więzienia, czyli Domu. Domu, który choruje wraz z tobą.


Mama – diagnoza po rezonansie - neurony umierają pokotem.

środa, 26 grudnia 2012

depresjonistka

Czytam "Drobne szaleństwa" Kai Malanowskiej. Egotyzm łamany przez egocentryzm, strumień świadomości jak mózg sączący się przez dziurę w czaszce. Jeszcze nie wiem, czy dobre. Może.

Szymon budzi się powoli, przeciąga, sapie, palcami u stóp bada dzień. Spod kołdry dochodzi mnie zapach rozgrzanego snem ciała. Chciałabym cała się pogrążyć w tym lepkim ciele, schować w zagłębieniu pachy albo zgięciu ramienia, oddychać płytko, tuż przy jego uchu, więc płaczę znowu, odwracam się do ściany. Łkając, próbuję coś powiedzieć, wytłumaczyć. Natychmiast wybucha awantura. Nie wiem, o co chodzi, w każdym razie on się strasznie denerwuje i wszystko znów wymyka mi się spod kontroli. Boję się z nim rozmawiać, boję się przyznać, jak bardzo się boję, boję się tłumaczyć. A on i tak nie słucha. Boję się, że rozmowa mnie skompromituje. Ale jak nie rozmawiam, to histeryzuję i próbuję porozmawiać, i kompromituję się całkowicie. On ma dosyć. Podobno zachowuję się jak dziecko, nie ma już sił znosić moich histerii. Wścieka się, wciąga spodnie na swoje szczupłe biodra, szybko, szybko. Krzyczy, mówi straszne rzeczy i zapina koszulę. Nie mam wyjścia i też wstaję. Gotuję wodę i wrzucam mu do herbaty pięćdziesiątkę afobamu. Niech się przymknie, przestanie tak ujadać w końcu. Po godzinie spokojny jak niemowlę w kołysce. Dzwonię i opowiadam o tym Gówienowi. Gówien przerażony pyta, czy nie mam przypadkiem pod ręką trochę arszeniku, żeby w razie czego też dosypać mu do herbaty. Nie mam, na szczęście.

Skanowałam dziś kliszę od taty :)

sobota, 22 grudnia 2012

nie klei się milczenie

Ewa Lipska, Dlatego

Deszcz ze śniegiem przy stole.
Na miejscach matki ojca dziadków
zamarznięta pamięć. Półmisek zegarków.
Okulary z nieuleczalną wadą wzroku.

Nie klei się milczenie.
Kolęda osuwa się z nóg.
Nikt nikogo nie wzywa na pomoc.

Dlatego nie lubię świąt.



Na szczęście można inaczej :)
Bo święta to stan ducha, a nie sztuczność przy stole.

Świąt ponad podziałami, bez smutku i niepokoju.
Świąt pełnych miłości.

czwartek, 20 grudnia 2012

wet dog

Druga najlepsza polska płyta roku to zdecydowanie "Wilk", drugi w dyskografii album zespołu Kim Nowak, którego trzon tworzą bracia Waglewscy: Fisz i Emade. Niewątpliwą zaletą tej muzyki jest surowy dźwięk, jakby sprzed ery muzyki tworzonej i nagrywanej cyfrowo. To wymarzony album na płytę winylową :)
Kim Nowak sięga do tradycji rocka, do Hendrixa, Led Zeppelin czy Black Sabbath, chociaż sami autorzy zaklinają się, że te wszystkie inspiracje to nie wprost, ale gdzieś z podświadomości, w twórczym akcie wynikły. Słucha się "Wilka" niełatwo, ale dostaje się wiele. A w tekstach - niepokój, śmierć, przemijanie, miłość, koniec miłości, smutek. Czyli wszystko.



środa, 19 grudnia 2012

się (nie)zmieni

No cóż, jednak się coś dzieje, chociaż "coś" bywa też wątpliwe, bo przecież powinniśmy się cieszyć z tego, że "Miasto da milion na walkę z neofaszyzmem i ksenofobią", nawet tak bardzo, że dziennikarz, który dotąd był daleki od chwalenia urzędów, nagle pod swoim artykułem pisze w komentarzu pean na cześć pana prezydenta (sic!).
No ale jak się cieszyć, skoro 750 tys. z tego miliona pójdzie na dodatkowy sprzęt, głównie do monitoringu, a pewnie także na dodatkowe pałki dla policji? Ba, przecież m.in. dzięki monitoringowi i skutecznej działalności policji zatrzymano (chwała jej za to) i postawiono zarzuty tym, którzy napadli na squat Wagenburg po marszach 11 listopada? Tak, tylko że ten monitoring i pałki to co najwyżej piękna próba realizacji panoptyzmu, o którym pisał Foucault w książce "Nadzorować i karać". Ten, który wierzy, że rozbudowując system penitencjarny uda się zapobiec aktom przemocy, bardzo się myli. Niestety, bez zmiany mentalności i działań ku temu zmierzających niewiele da się zrobić.
Więc cieszę się i nie cieszę zarazem, ale najbardziej się dziwię, że dziennikarze GW w końcu dali się urobić panu rzecznikowi.

wtorek, 18 grudnia 2012

Ess muss sein

Idea wiecznego powrotu ma w sobie coś tajemniczego. Nietzsche wprowadził nią w zakłopotanie większość filozofów: pomyśleć, że wszystko, cośmy raz przeżyli, miałoby się kiedyś powtórzyć i to powtórzenie powtarzałoby się w nieskończoność! Cóż oznacza ten obłąkańczy mit?
Mit wiecznego powrotu mówi per negationem, że życie, które znika raz na zawsze i już nigdy nie wróci, podobne jest do cienia, nie ma żadnego ciężaru, jest martwe już w momencie narodzenia i jeśli nawet było piękne, straszne, wzniosłe, to jego piękno, rozpacz i wzniosłość nie mają żadnego znaczenia. (...)
Przyłapałem się niedawno na niewiarygodnym uczuciu; przeglądałem książkę o Hitlerze i przy niektórych zdjęciach poczułem wzruszenie: przypomniały mi się czasy dzieciństwa. Przypadło ono na czas wojny, niektórzy moi krewni zginęli w hitlerowskich obozach koncentracyjnych; ale cóż oznacza ich śmierć wobec faktu, że zdjęcia Hitlera przypominały mi utracony czas mego życia, czas, który już nie powróci?
To pogodzenie z Hitlerem zdradza głębię moralnej perwersji, która łączy się ze światem opartym z zasady na bezpowrotności - wszystko jest w nim z góry wybaczone, a więc i wszystko cynicznie dozwolone.

Jeżeli każda sekunda naszego życia miałaby się powtarzać w nieskończoność, bylibyśmy przykuci do wieczności jak Chrystus do krzyża. Takie wyobrażenie jest straszne. W świecie wiecznego powrotu na każdym geście kładzie się ciężar nieznośnej odpowiedzialności. Dlatego też Nietzsche nazwał ideę wiecznego powrotu najcięższym brzemieniem (das schwerste Gewicht).
Jeśli wieczny powrót jest najcięższym brzemieniem, nasze życie na jego tle błyszczy wspaniałą lekkością. Czy jednak ciężar jest naprawdę straszny, a lekkość wspaniała? Najcięższe brzemię nas powala, przyciska do ziemi, upadamy pod nim. Ale w poezji miłosnej wszystkich wieków kobieta pragnie być obciążona brzemieniem męskiego ciała. Najcięższe brzemię jest jednocześnie obrazem najintensywniejszej pełni życia. Im cięższe brzemię, tym nasze życie bliższe jest ziemi, tym jest realniejsze i prawdziwsze.
W przeciwieństwie do tego całkowity brak brzemienia sprawia, że człowiek staje się lżejszy od powietrza, wzlatuje w górę, oddala się od ziemi, od ziemskiego bytowania, staje się na wpół rzeczywisty, a jego ruchy są tyleż swobodne, co pozbawione znaczenia.
Cóż więc mamy wybrać? Ciężar czy lekkość?
/Milan Kundera, "Nieznośna lekkość bytu", tłumacz. Agnieszka Holland/


Kundera za Parmenidesem widzi świat podzielony na antynomie, np. ciepło-zimno, światło-ciemność, byt-niebyt, delikatność-szorstkość. Dopisuje tu również i tę: lekkość-ciężar. Parmenides w tych pierwszych kategoriach widział dobro, jawiły mu się jako jednoznacznie pozytywne. Kundera polemizuje z greckim filozofem. Mówi: antynomia 'ciężar-lekkość' jest najbardziej tajemnicza i najbardziej wieloznaczna ze wszystkich antynomii. Ilustracją tej wątpliwości jest powieść "Nieznośna lekkość bytu", historia Tomasza, który lubi powtarzać w myślach niemieckie przysłowie: "Einmal ist keinmal". Coś, co się stanie raz, jak gdyby nie stało się nigdy. Jeśli człowiek ma prawo tylko do jednego życia, to jakby nie żył w ogóle.

A jednak to, co Kundera uważa za lekkość - pojedyncze decyzje, ale też brak zdecydowania wynikający chociażby z braku porównania, wieczna pogoń za zaspokojeniem, ekstaza - okazuje się w efekcie "nieznośne", ciężkie i trudne (vide wybory Tomasza czy też jego kochanki Sabiny). Ciężar natomiast, chociażby w postaci zgody na konieczność i ograniczenie (np. konsekwencje publikacji artykułu albo upór i trwanie Teresy), tak naprawdę otwiera przestrzeń wolności. A może ciężar i lekkość nie są wcale przeciwstawne? By osiągnąć pełnię, muszą się uzupełniać, bowiem z samej lekkości nie da się zbudować Życia.

Lubię "Nieznośną lekkość bytu", bo i lektura tej książki jest "nieznośna", lekka i ciężka zarazem. Przyciąga i odpycha jednocześnie. I w tym przypadku wcale nie chodzi o antynomię.


Co do Tomasza - nie mam dla niego zbyt wiele sympatii - jest, jaki jest. Nie stara się zmienić, korzysta z życia, jest cyniczny, a nade wszystko nie lubi czuć na swoich barkach ciężaru. Rani, bo nie potrafi inaczej, jest egoistą. Są i dwie bohaterki - kochająca, naturalna, naiwna i czysta Teresa, anioł w kobiecej skórze, oraz wyrachowana, jątrząca, perwersyjna i irytująca Sabina, która jest obecna w życiu Tomasza jak jego cień.

niedziela, 16 grudnia 2012

chciałabym być jaskółką

Dziś dla dzieci małych i dużych (bo warto zachować w sobie coś z dziecka).

Po pierwsze - Turnau z pięknej płyty "Księżyc w misce" (z 1998 roku... to już tak dawno...) - niestety, nie można załadować okna, więc proszę oto link (proszę wybaczyć ten kiczowaty teledysk, ale innej wersji nie ma ;) ).

I Danuty Wawiłow "Smutny wiersz"

Tak, to dość pretensjonalne.
Ale chrzanię to :)


Smutny wiersz
Dzisiaj jestem smutna
jak ptak.
Dzisiaj jestem smutna
jak deszcz.
Leżę sobie w trawie
na wznak,
sama nie wiem, czemu
tak jest.

Promyk słońca zalśnił
i zgasł.
Trzmiel nade mną krąży
i gra.
Czy to moje włosy,
czy las?
Czy to śpiewa wilga,
czy ja?

Możesz sobie myśleć,
co chcesz,
ale nie zrozumiesz
i tak,
czemu jestem smutna
jak deszcz,
czemu jestem smutna
jak ptak.


A teraz myślę zwłaszcza o dzielnym Kubusiu z Warszawy, który leży z ciężkim zapaleniem płuc na intensywnej terapii :( Myślę, że bezsilność jest najgorsza. I czekanie w bezsilności.

piątek, 14 grudnia 2012

padam... padam...

Zmęczonam.
Mam dość słów na jakiś czas.
Przerwę zrobić trzeba, bo słowa znów nie będą chciały mnie znać.
Podsumowanie: 2,5 miesiąca pracy, 170 stron, 370 tys. znaków, pierwsza długa proza.
Nie o mnie ona, na szczęście, chociaż... smutek w niej jest jak we mnie.
Tylko że ja lubię swój smutek. Nie ma mnie bez niego.
Smutek nie oznacza nieszczęścia.
Szczęśliwam.



Przeszłość

Jak o północy puka nieproszony gość
Tak czeka na ciebie za rogiem twoja przeszłość
Suknie ma taką samą, takie same włosy i buty skórzane
Pomału pokuśtyka za tobą aż cię dogoni

I powie, więc mnie tu masz
Więc na mnie zważ
Zaproś do środka
Jeśli mnie znasz
Jestem twoją przeszłością

W kieszeni masz chusteczkę na której przed laty zawiązałeś supeł
Dawno zapomniałeś co masz kupić w samoobsłudze
Wszystko, co pogubiłeś po drodze, znikło jak pociągi na torach
Ta dziewczyna niesie to w plecaku na plecach ale nie zwróci

Tylko mówi, więc mnie tu masz
Więc na mnie zważ
Zaproś do środka
Jeśli mnie znasz
Jestem twoją przeszłością

Drzewa są wyższe i trawa jest niższa a na łące rośnie perz
Czerwone tramwaje jadące do Kunćic świecą jak pionier
Tylka ta twoja dumna głowa na koniec została ci na szyi
Konduktorzy, którzy cię przed latami wozili dawno już nie żyją

Więc mnie tu masz
Więc na mnie zważ
Zaproś do środka
Jeśli mnie znasz
Jestem twoją przeszłością

Na gałęziach jabłoni nie urosną figi a z pokrzyw nie urośnie las
To co nie zjadłeś wczoraj i przedwczoraj musisz dojeść dzisiaj
Słone migdały i słodkie winogrona maczane w miodzie
Ty siedzisz przy stole a ona niesie ci jedzenie na obiad

I mówi, więc mnie tu masz
Więc na mnie zważ
Zaproś do środka
Jeśli mnie znasz
Jestem twoją przeszłością

Rozściel łóżko i połóż się od ściany, ona się przytuli
Dzisiaj cie odwiedzą ci którzy byli i którzy odeszli
Każdego po imieniu zawołasz albo sobie wspomnisz imiona
Rano gdy się przebudzisz a ona z tobą w kłębek zwinięta

I powie, więc mnie tu masz
Więc na mnie zważ
Zaprosiłeś mnie
Teraz już mnie znasz
Jestem twoją przeszłością

poniedziałek, 10 grudnia 2012

warto

Człowiek może być ubogi nie dlatego, że nic nie jadł, ale dlatego, że jest nieszanowany, poniżany, lekceważony, pogardzany. Ubóstwo to stan społeczny i mentalny powodujący, że człowiek nie widzi wyjścia z sytuacji, w jakiej się znalazł.
/Ryszard Kapuściński/

Dziś jest Międzynarodowy Dzień Praw Człowieka. Każdy może pomóc, np. podpisując petycję w sprawie zaprzestania represji przeciwko opozycjonistom na Białorusi. Na stronie Amnesty International Polska są również informacje o innych działaniach, kampaniach, wydarzeniach. Warto się przyłączyć. 

niedziela, 9 grudnia 2012

hibachi*

Tymczasem jasność poranka przeniknęła widocznie i do wnętrza pokoju, gdyż udało mu się dostrzec, że dziewczyna ma zaczerwienione policzki. Shimamura z podziwem wpatrywał się w tę pulsującą życiem różowość.
- Czy mi się zdaje, że policzki masz całe w kolorach? Czy to zimno?
- To raczej nie z zimna. Po prostu nie jestem upudrowana. Gdy leżę w pościeli, bardzo szybko się rozgrzewam aż po czubki palców i nóg - odpowiedziała i przyklęknęła przed toaletką z lustrem, stojącą tuż przy posłaniu. - Już się nareszcie rozjaśniło! Trzeba iść!
Shimamura, który patrzył w jej stronę, zniżył przypadkiem głowę. W lustrzanym odbiciu zobaczył jaskrawą biel śniegu. Na jego tle uwydatniły się też przez kontrast mocno zaróżowione policzki dziewczyny. Było w tym jakieś czyste piękno nie do opisania w słowach.
Może stąd, że słońce stało już wyżej, w każdym razie śnieg w lustrze począł się jarzyć coraz bardziej jaskrawo, jakby płonął jakimś zimnym blaskiem. Jednocześnie i włosy dziewczyny, odcinające się wyraziście od śnieżnego tła, przybrały jakiś bardziej żywy odcień czerni o fioletowawym połysku.
/Kawabata Yasunari, "Kraina śniegu"/

Wbrew pozorom - to nie lato, lecz zima
*Hibachi - w tradycyjnym domu japońskim rodzaj przenośnego grzejnika.

to nic! to nic! to nic!

I Stachura był czasem optymistą...



sobota, 8 grudnia 2012

niebieski film

Był kiedyś świetny film "Manneken Pis". Nakręcił go niejaki Frank van Passel w 1995 r. w Belgii. To historia miłosna, która zaczyna się w tramwaju. Motorniczym jest dziewczyna i to ona pierwsza zakochuje się w chłopaku, który jest jej przypadkowym pasażerem. Jej jest łatwiej, nie boi się miłości, jest trochę niefrasobliwa, radosna, często żartuje. On ukrywa jakąś tajemnicę, a dotychczasowe doświadczenia każą mu trzymać dystans, nie potrafi się zaangażować w pełni, a przynajmniej nie od razu, musi przejść długą drogę, żeby zaufać i pozwolić sobie na uczucie. Ona wie, jest cierpliwa i czeka, próbuje go też "wyluzować", nauczyć radości życia, mimo złych doświadczeń i trudów.
Do dziś pamiętam jeden cytat z tego filmu, kiedy ona mówi do niego, opisując ich historię: "Kobieta jest jak tramwaj, możesz ją łatwo rozpędzić i łatwo zatrzymać. Mężczyzna jest jak pociąg, rozpędzasz go powoli, a jak ci się uda, to trudno go zatrzymać."
Nie pamiętam dobrze fabuły, bo widziałam ten film bardzo dawno, nie ma go w Polsce na DVD. Pamiętam, że był... niebieski... jak "Trzy kolory. Niebieski" Kieślowskiego i jak "Wielki błękit" Bessona, moje dwa inne ulubione filmy. Pamiętam, że miał niesamowity nastrój. Dostał chyba jakieś nagrody filmowe i krytycy pokładali nadzieję w reżyserze, że nakręci jeszcze niejeden taki dobry film, a on przez następne lata nie nakręcił nic.
I miałam gdzieś plakat z tego filmu. Na tle w kolorze indygo - błyszczące brokatem złote trzewiki. Piękny. Szkoda, że nikt już o tym filmie nie pamięta.



piątek, 7 grudnia 2012

w ostatnich słowach zamknięty jest głuszec

Poezja Ewy Lipskiej jest w dużej części o przemijaniu i o pamięci. Powtarza się w niej kilka charakterystycznych motywów: domu, śmierci, miłości, władzy, oddalenia, starości. W warstwie językowej zaskakują zwłaszcza metafory zbudowane na zdekomponowanych związkach frazeologicznych, ironia i absurd. Jej wiersze są ze mną już od 18 lat. Tak bardzo inaczej je czytam teraz niż wtedy, a jednak wciąż są to te same wiersze i ta sama Lipska. Błyskotliwa i przekorna. To jest poezja, która niczego nie udaje, bo nie musi. Broni się sama. I we mnie, i dla mnie - broni się również - i pozostaje, mimo wszystko. Nawet jeśli czasami z zakamarków tych wierszy straszy mnie długowłosa dziewczyna o uśmiechu Jokera.

Bracia Grimm
Droga pani Schubert, sąsiad do mnie:
"Wróciłem do dzieciństwa, aby już więcej nie
czytać Dostojewskiego, Nietzschego, Marksa.
Teraz czytam bajki. Kiedy jechałem do portu,
aby odebrać prochy mojej matki płynące
z Australii, wpatrywałem się bezskutecznie
w zachodzące słońce. Czerwona kula toczyła się
w miejscu. Od jutra może mnie pan spotkać
jedynie pod moją nieobecność. Jestem u braci
Grimm."

Testament
Droga pani Schubert, piszę do pani z Amsterdamu,
gdzie dostałem stypendium na napisanie
testamentu. Naszą miłość zapisałem Przeszłości,
którą, jak zawsze, odkładamy na Przyszłość.
Wyrwałem ją ze snu. Wschodziły jaskółki.
Niebo było zbędne.

Poezja
Droga pani Schubert, dobrze, że jest jeszcze
taki kraj, który jest wszędzie i nazywa się Poezja.


czwartek, 6 grudnia 2012

mistrz mięsa słów

Ach, przecież dziś urodziny Rafała Wojaczka! Trzy lata temu chciałam na jego grobie znicze z uczniami palić, ale uczniowie mają w dupie happeningi, zwłaszcza w niedzielę i w siąpiącym deszczu, więc sama zapaliłam. A poza tym... kto dzisiaj czyta Wojaczka?...
Chyba tylko mieszczuchy.


Rafał Wojaczek, Prośba

Zrób coś, abym rozebrać się mogła jeszcze bardziej
Ostatni listek wstydu już dawno odrzuciłam
I najcieńsze wspomnienie sukienki także zmyłam
I choć kogoś nagiego bardziej ode mnie nagiej
Na pewno mieć nie mogłeś, zrób coś, bym uwierzyła

Zrób coś, abym otworzyć się mogła jeszcze bardziej
Już w ostatni por skóry tak dawno mi wniknąłeś
Ze nie wierzę, iż kiedyś jeszcze nie być tam mogłeś
I choć nie wierzę by mógł być ktoś bardziej otwarty
Dla ciebie niż ja jestem, zrób coś, otwórz mnie, rozbierz.

jestem szczęśliwa, bo...

I am happy because...
Je suis heureuse parce que...
Estou feliz porque...
Sono felice perché...




piątek, 30 listopada 2012

saudade

Na Andrzejki - trochę Stasiuka. Andrzeja. Nie wiem, jak mogłam o nim zapomnieć. O Stasiuku się nie zapomina.

I znowu jest noc. Złotawy księżyc ledwo przeziera zza chmur. W nieruchomym powietrzu śnieg pada całkiem pionowo. Wygląda jak wielka firanka, za którą gdzieś daleko pali się żółta lampa. Wszystko razem przypomina nieskończenie wielki pokój, gdy nocą wędrowiec zagląda do okna obcego domu. 
(…) W noc cichą jak ta słychać, jak świat się starzeje. Przepalają się żarówki i tranzystory, rdza rozkłada mechanizmy, drewno w piecu spala się szybciej, niż rośnie w lesie, ubrania tleją i butwieją na naszych ciałach i z każdą chwilą są cieńsze i słabsze, pełne zamienia się w próżne, a potem w potłuczone, papieros w popielniczce własnoręcznie dokonuje żywota, obrazy i dźwięki parują z magnetycznych taśm i tusz opada w długopisie, a papier kruszeje jak opłatek i nawet fałszywe królestwo tworzyw sztucznych się nie oprze. To jest prawdziwy świat miłości, bo ciemny cień straty wisi nad nim jak jastrząb nad zdobyczą.
/„Zima”/

Tak. Od paru lat prześladują mnie wizje. Wyjeżdżam za południową albo wschodnią granicę, wracam po tygodniu albo dwóch i próbuję ustalić, co zdarzyło się naprawdę, a co było fikcją. Zza jednolitej materii świata przezierają zbłąkane zdarzenia. Czas pęka, rozłazi się i, żeby nie zwariować, wciąż trzeba go odtwarzać. Ta kruchość, ulotność, nietrwałość czasu to specyfika moich stron. Nigdy nie płynął tutaj równym, spokojnym nurtem, właściwym wielkim metropoliom. Zawsze coś stawało mu na przeszkodzie. Dzielił się, rozdwajał, zawracał, zakręcał, wchodził w dziwne relacje z przestrzenią, chwilami przycichał zupełnie i przepadał.
(…) Wędrówka ludów, w której wszyscy już teraz bierzemy udział, to w gruncie rzeczy wielka ucieczka. Uciekamy, emigrujemy z własnej dotychczasowej przestrzeni, z własnej historii, po prostu z własnego życia. Kiedyś wyruszaliśmy po to, by nasze życie stało się bardziej wartościowe, pełniejsze, po prostu lepsze, większe i bardziej ludzkie. Teraz, żyjąc, chcemy za wszelką cenę porzucić własne życie, chcemy z niego wyjść, chcemy w jednej chwili stać się kimś innym. W kulturze Zachodu te procesy są już oswojone i przypominają raczej zabawę niż dramat. Można wybrać sobie osobowość, temperament, światopogląd, tak jak wybiera się miejsce zamieszkania. Swoboda wyboru to codzienność. Zmienia się osobowość tak jak kolor włosów.
/„Fado”/

pełnia


“The moon is a loyal companion. It never leaves. It’s always there, watching, steadfast, knowing us in our light and dark moments, changing forever just as we do. Every day it’s a different version of itself. Sometimes weak and wan, sometimes strong and full of light. The moon understands what it means to be human. Uncertain. Alone. Cratered by imperfections.”
― Tahereh Mafi, "Shatter Me"

czwartek, 29 listopada 2012

I have died so many times before

two faces

Wasza radość jest waszym odsłoniętym smutkiem.
I to samo źródło, z którego rodzi się wasz śmiech, nieraz już wypełniały wasze łzy.
A czyż może być inaczej?
Im głębiej smutek drąży waszą istotę, tym więcej możecie pomieścić radości.
Czyż kielich zawierający wino nie jest tym samym kielichem, który garncarz wypalił w piecu?
A czy lutnia, która ukoi waszego ducha, nie jest tym samym drewnem wydrążonym nożami?
Kiedy jesteście weseli, wejrzyjcie w głąb własnego serca, a odkryjecie, że tylko to, co napełniło was smutkiem, teraz napełnia was radością.
Kiedy jesteście smutni, wejrzyjcie znów do swego serca, a zrozumiecie, że naprawdę płaczecie nad tym, co było waszą radością.
Niektórzy z was mówią: "Radość jest potężniejsza od smutku", a inni mówią: "Nie, smutek jest potężniejszy".
Lecz ja wam powiadam, że są od siebie nieodłączne
Razem przychodzą, a gdy jedno z nich zasiada z wami do stołu, pamiętajcie, że drugie śpi w waszym łożu.
Zaprawdę, zawieszeni jesteście jak szale wagi pomiędzy smutkiem a radością.
Tylko gdy macie w sobie pustkę, trwacie w bezruchu i równowadze.
A kiedy strażnik skarbca podniesie was, by zważyć swoje srebro i złoto, wasza radość lub smutek musi się unieść lub opaść.

/Khalil Gibran/

środa, 28 listopada 2012

szeptem

Dostałam kiedyś tomik wierszy Jesienina od mojej koleżanki Anki S., która była zdecydowaną rusofilką i nienawidziła Ameryki. Anki zapędów nikt chyba w liceum nie rozumiał i traktował jej zainteresowania jako sympatyczne dziwactwa, a ona po prostu była od nas wszystkich bardziej inteligentna i oczytana. Dostałam też od niej książkę "Mózg Lenina", rodzaj fantastyki naukowej, z dedykacją od "czekistki" Anki. Ciekawe, jakie ma teraz poglądy, Anka zamyślona, roześmiana, Anka o włosach kręconych, o głosie ciepłym. Jesienin jest od niej :)

Sergiusz Jesienin, ***

Usiądź przy mnie blisko, miła,
Spójrz mi w oczy aż do głębi,
By w twych oczach się odbiła
Zamieć co się we mnie kłębi.

Ten złocisty wdzięk jesieni,
Twoich włosów przędza lniana
Przyszły nagle jak zbawienie
Dla nicponia i Cygana.

Zostawiłem moje strony,
Gdzie śpią lasy, kwitną krzaki...
Miejską sławą usidlony
Chciałem pędzić dni hulaki.

Chciałem w sercu swym zagłuszyć
Szmery sadu, wiatr nad stepem,
Gdzie przy wtórze bzykań muszych
Wyrastałem na poetę.

A tam teraz także jesień,
Klony zaglądają w okna,
Sęki łap nurzają w strzesze -
Chcą znajomych starych spotkać.

Nie ma ich już między swemi,
Tylko miesiąc przy jaworach
Znaczy piędź cmentarnej ziemi,
Gdzie i nam niedługo pora.

Gdzie i nam po snach i trwogach
Przyjdzie spocząć u pni krzywych.
Każda ryta wichrem droga
Tylko radość leje  w żywych.

Usiądź przy mnie blisko, miła,
Spójrz mi w oczy aż do głebi,
By w twych oczach się odbiła
Zamieć co się we mnie kłębi.
1923

wtorek, 27 listopada 2012

wielkim żółtym wykrzyknikiem jestem dziś


„Jezus Maria Peszek” to dla mnie płyta roku, bezsprzecznie. Nie umywa się do niej żadna inna z kupionych w tym roku nowości lub tych tylko przesłuchanych, żadna z tych, których słuchałam i słuchałam godzinami jak zaczarowana (jak np. TheXX). Jest to również zdecydowanie najlepszy krążek Peszek, dwa poprzednie były raczej przymiarką do tego, co udało się jej wypracować zarówno na poziomie tekstów, jak i muzycznie.
„Śmieciowa królowa” śpiewa w głównej mierze o sobie, ale nie jest to żaden zarzut, skoro autobiografizm jest od wiek wieków jednym z najlepszych tworzyw wypowiedzi artystycznej. Jest tylko jedno „ale” - o osobistym charakterze tych piosenek dowiedzieliśmy się z udzielanych tygodnikom opinii wywiadów wprowadzających obszerne didaskalia, z których każdy był „ekskluzywny”, a każdy następny coraz bardziej wprowadzał odbiorców w zażenowanie. Niektórzy zaczęli się śmiać z artystki, zakładając w internecie grupy w stylu „cierpię jak Maria Peszek w Bangkoku”. W pewnym momencie uznałam, że te wszystkie wywiady są niepotrzebne, chociaż zapewne miały mieć głównie efekt marketingowy, bo muzyka i tak obroniłaby się sama. Ekshibicjonizm (i narcyzm) jest jednak również cechą szczególną artystów, więc wybaczalną, tym bardziej, że promowany tu w ten sposób produkt jest świetny.
Powalają zwłaszcza teksty Peszek, w których czasami pobrzmiewają jeszcze zbyt łatwe metafory, ale te są mimo wszystko wyjątkiem, jeśli wziąć pod uwagę całość naprawdę przyzwoitego języka poetyckiego. Wiersze „śmieciowej królowej” są gęste i duszne, mówią nie tylko o stanach depresyjnych (zbankrutował mi dzisiaj cały świat; ej tu jestem na dnie; tak mi dzisiaj bardzo źle) i myślach samobójczych (wiem, jak umrę i z kim) czy epizodach manii następujących po depresyjnych (teraz będę już szczęśliwa; padam padam jak to dobrze, że cię mam), ale przede wszystkim o osobistych wyborach (nie chcę być matką), niezgodzie na jedyny słuszny model patriotyzmu (nie chciej Polsko mojej krwi; boli mnie Polska, wisi mi krzyż), odrzuceniu wiary (pan nie jest moim pasterzem i niczego mi nie brak). Nawet w piosenkach, które z pozoru są pozytywne („Padam”, „Wyścigówka”) jest w podtekście jakiś niepokój, świadomość kruchości stanu szczęścia.
Autoportret Peszek znajdziemy w pierwszej, promowanej teraz piosence, „Ludzie psy” - w jednej zwrotce jest tu więcej udanych metafor niż w niejednej całej płycie polskich „artystów”:

Ja niedobro narodowe
ja pod skórą drzazga
samo mięso duszy
 ja porno, ja miazga
ja czarny kot, ja wściekły pies,
ja chwast i ja blizna
i ja niechcianych słów
jedyna ojczyzna
dla was drapię strupy myśli
dla was w supły wiążę słowa
dla was śpiewam pieśni z pleśni
śmieciowa królowa

Do tego wszystkiego muzycznie jest naprawdę bardzo ciekawie.
Chapeaux bas!


poniedziałek, 26 listopada 2012

tak

Pochwała Ewy

Marc Chagall "Adam i Ewa"

Historia Adama i Ewy i ich wygnania z raju wcale nie jest, jak zwykło się nam wmawiać na katechezach i w kościele, historią upadku człowieka. To raczej opowieść o narodzinach człowieczeństwa. Kim byli owi „pierwsi rodzice”, jeszcze w raju? Nie czuli wstydu, nie musieli się o nic troszczyć, nie chorowali, nie popełniali grzechów. Byli jak dzieci we mgle albo jak zwierzęta, których przecież nie dotyczy etyka i moralność. Tymczasem Ewa „zwiodła” Adama i ten zjadł owoc z drzewa poznania złego i dobrego. Wcześniej biblijna para zatem nie potrafiła rozpoznać, co jest dobre, a co złe, byli niesamodzielni, wszystko podał im Bóg, jak na tacy. Nie mogli nawet mieć pojęcia o tym, że dobro i zło mogą być rozłączne, że w ogóle istnieje taki podział. Świat był jednolity, a jedynym przejawem dualizmu była różnica w ich płciach, podobnie jak u zwierząt.
I oto Ewa, którą niesłusznie odsądza się od czci i wiary, nakłania Adama do „grzechu”. Grzech ma ewidentnie negatywne konotacje, jest złem samym w sobie, sprzeniewierzeniem się Bogu. Ale ten błąd, „grzech” pierwszych ludzi tak naprawdę jest początkiem człowieczeństwa. Od tej pory człowiek może wybierać, choćby między dobrem i złem, które jawią się przed nim w całej swojej postaci samodzielnego życia. Bóg już nie ma nad nim bezpośredniej kontroli, owszem, skończył się dobrobyt, ale człowiek wreszcie może sam decydować,  czy chce zawierzyć Bogu, czy nie. Może decydować, co zrobić ze swoim życiem. Nie musi mieszkać w nudnym, radosnym, szczęśliwym raju. Owszem, ceną za to jest cierpienie, któż by jednak jej nie zapłacił za samodzielność, dorosłość? Zatem – chwalmy Ewę, bo to ona jest w istocie matką Ludzi.

niedziela, 25 listopada 2012

rozgoryczenie

Już wiem, co jest. Dlaczego ostatnio opadłam z sił, jestem zniechęcona, zmęczona, wrzucam jakieś głupoty, silę się na pseudointelektualizm, szukam dziury w całym. Kilka dni temu okazało się, że we Wrocławiu jest możliwy antydyskryminacyjny program edukacyjny. I że można go zrobić z rozmachem, z taktem, nie upierając się przy swoim, nie forsując treści, których na siłę nie można w szkole wprowadzić, natomiast zachęcając uczniów do swojej aktywności i promując działania oddolne. Do tego - przy współpracy UM, nie obrażając się o ilość pieniędzy i nie traktując każdego wycofania się jako dowodu ksenofobii i braku lojalności. I jeszcze - traktując uczniów podmiotowo.
Szczerze? Nie sądzę, żeby ten program był szczególnie fascynujący. Dużo w nim zależy od tych, którzy będą prowadzić zajęcia i pod okiem których uczniowie będą przygotowywać swoje projekty. Ale... UDAŁ SIĘ.

a bottle of warm beer


Sławomir Elsner, Trzy zdania
Każdy kto miał
rozcięte serce,
nosi w sobie jad.
Poezja wysysa z nas
śpiącego niedźwiedzia.
W Jaskiniach Mulu
słychać mnie,
kiedy ziewam.



sobota, 24 listopada 2012

dwadwadwa

Lecz oto w tej samej chwili coś się wydarzyło. Nie wiedziała, skąd się tam wziął, ale nagle ujrzała przed sobą małego człowieczka. Był szary jak zmrok i unosił się w powietrzu jak mgły wieczorne. Oczy miał tak stare jak stara jest ziemia i kamienie, jego głos był tak stary jak szmer wody w rzece i szum wiatru w koronach drzew. I przemówił do niej, choć tak cicho, że ledwie go słyszała.
- Teraz koniec z tym - szemrał. - Koniec z dwadwadwa i ze stukaniem nad naszymi głowami. Teraz koniec z tym!
Kiedy tak mówił, Stina Maria zrozumiała, że miała przed sobą jednego z Mrocznych. Ogarnął ją strach tak wielki, jakiego nigdy dotąd nie czuła. Nie mogła ani się odezwać, ani poruszyć, siedziała tylko zdrętwiała na lisim kamieniu i słuchała tego szemrzącego głosu.
/Astrid Lindgren "Południowa łąka"/


Wielka trójca literatury dziecięcej skandynawskiej: Andersen, Lindgren i Jansson. Tak samo 30 lat temu, jak i dziś :) Niektórzy dorzucają jeszcze Zachariasa Topeliusa, ale to chyba jednak bardzo na wyrost. Tak, książka dla dzieci też mi się marzy.

piątek, 23 listopada 2012

low tide

Na przekór głosom mocnym, czystym, pięknym.
Na przekór temu, co idealne.
Temu, co dąży do doskonałości, co się nad sobą zachwyca.
Temu, co kocha się w sobie najbardziej i podziwia swój idealny obraz w innych.

czwartek, 22 listopada 2012

drabina jakubowa

Oniryzm w literaturze - lubię bardzo... I mnie ostatnio dużo się śni, nawet bardzo często, a raczej - to ja częściej zapamiętuję swoje sny.
Napisać powieść somnambuliczną może by tak?... Podobno skłonność do lunatykowania (co oznacza nie tylko chodzenie we śnie, ale np. siadanie, ubieranie się, jedzenie, picie, mówienie przez sen) posiada aż 18 proc. populacji! Co piąty z nas lunatykuje!

William Blake, Drabina Jakubowa

Jakub wyszedłszy z Beer-Szeby wędrował do Charanu, trafił na jakieś miejsce i tam się zatrzymał na nocleg, gdy słońce już zaszło. Wziął więc z tego miejsca kamień i podłożył go sobie pod głowę, układając się do snu na tym właśnie miejscu. We śnie ujrzał drabinę opartą na ziemi, sięgającą swym wierzchołkiem nieba, oraz aniołów Bożych, którzy wchodzili w górę i schodzili na dół. A oto Pan stał na jej szczycie i mówił: «Ja jestem Pan, Bóg Abrahama i Bóg Izaaka. Ziemię, na której leżysz, oddaję tobie i twemu potomstwu. A potomstwo twe będzie tak liczne jak proch ziemi, ty zaś rozprzestrzenisz się na zachód i na wschód, na północ i na południe; wszystkie plemiona ziemi otrzymają błogosławieństwo przez ciebie i przez twych potomków. Ja jestem z tobą i będę cię strzegł, gdziekolwiek się udasz; a potem sprowadzę cię do tego kraju. Bo nie opuszczę cię, dopóki nie spełnię tego, co ci obiecuję». A gdy Jakub zbudził się ze snu, pomyślał: «Prawdziwie Pan jest na tym miejscu, a ja nie wiedziałem». I zdjęty trwogą rzekł: «O, jakże miejsce to przejmuje grozą! Prawdziwie jest to dom Boga i brama nieba!» Wstawszy więc rano, wziął ów kamień, który podłożył sobie pod głowę, postawił go jako stelę i rozlał na jego wierzchu oliwę. I dał temu miejscu nazwę Betel. – Natomiast pierwotna nazwa tego miejsca była Luz. – Po czym złożył taki ślub: «Jeżeli Pan Bóg będzie ze mną, strzegąc mnie w drodze, w którą wyruszyłem, jeżeli da mi chleb do jedzenia i ubranie do okrycia się i jeżeli wrócę szczęśliwie do domu ojca mojego, Pan będzie moim Bogiem. Ten zaś kamień, który postawiłem jako stelę, będzie domem Boga. Z wszystkiego, co mi dasz, będę Ci składał w ofierze dziesięcinę» (Rdz 28, 10-22).

wtorek, 20 listopada 2012

cieknie srebro atmosfery


Józef Czechowicz, Erotyk

błękitne pierwsze litery
żałobne zaślubiny
pełnia drapieżna
suto cieknie srebro atmosfery
na głębiny

ty ich nie znasz
iskry z czarnego metalu
myśli od prądów osłabłe
opad żalu
z nagła zorza zadrżała
świetlistość widzę ciała
świeższą od złotych jabłek

stopione razem
wiersze za mgłą
noce nizinne
szklane
jak upał i chłód
ze snu schodzących potęg

czy wiesz te wiersze co cichną
dla ciebie erotyk
srebrna duszyczko zwrotek
marychno


poniedziałek, 19 listopada 2012

pręgi


Dzisiaj jest Międzynarodowy Dzień Zapobiegania Przemocy wobec Dzieci.
Moja koleżanka Natalia napisała dziś tak: "Przemoc zapisuje się w głowach trwalej i silniej niż wspólne spacery z tatą, przytulanie mamy i wesołe rodzinne wigilie. Z plecaków, do których przez lata rodzice wrzucali nam dobro i zło - w swoich własnych rodzinach wyciągamy to samo zło, które z chorej "miłości" zafundowali nam nasi rodzice. I żadna kurwa siła nie jest w stanie tego gówna przerwać :(((((("




Ja dorzucam jeszcze to...

niedziela, 18 listopada 2012

Wagenburg

Tydzień temu we Wrocławiu narodowcy napadli na squat. Warto przeczytać tekst "Obudź się, Wrocławiu", a w nim m.in.:

Olga Tokarczuk, pisarka:

W Polsce strach przed jakąkolwiek lewicą jest tak duży, tak irracjonalny, tak niemądrze podsycany przez prawicowe media i Kościół, że zupełnie oślepliśmy na prawe oko. Stopień przyzwolenia na głoszenie poglądów rasistowskich i antydemokratycznych jest niebywały. Konserwatywnie zorientowana większość społeczeństwa traktuje to jako rodzaj normy, środka. Wszystko, co do tej normy nie przystaje, jest traktowane modnym ostatnio słowem "lewactwo". "Lewactwem" są więc i rządy Hollande'a we Francji, i in vitro, prawa kobiet, i wegetarianizm. Tymczasem nie można stawiać na równi hasła "Polska dla Polaków" z "lewackim" hasłem "Polska biała tylko zimą". To pierwsze jest rasistowskie, a rasizm jest w Polsce karany. Nie mam zamiaru przywoływać tutaj wszystkich haseł, jakie skandowano podczas marszu, jednak wiele z nich była jawnym nawoływaniem do przemocy i właściwie każdy inteligentny obserwator mógł się domyślać, że nabuzowane czoło pochodu będzie szukało kozła ofiarnego. To też znamy z historii. Dlaczego Wrocław? To pytanie zadawałam sobie, patrząc na ogromny pochód, słysząc agresywne hasła i uskakując przed rzucanymi pod nogi petardami. Czy cała latami i z wysiłkiem budowana tożsamość miasta jako wielokulturowego, otwartego, europejskiego, nowoczesnego wzięła w łeb? Czy była doraźnym pijarem?

Dorzucę tu jeszcze Martina Niemöllera, bo ważny jest i godne miejsce będzie tu miał.

Kiedy przyszli po Żydów, nie protestowałem. Nie byłem przecież Żydem. 
Kiedy przyszli po komunistów, nie protestowałem. Nie byłem przecież komunistą. 
Kiedy przyszli po socjaldemokratów, nie protestowałem. Nie byłem przecież socjaldemokratą. 
Kiedy przyszli po związkowców, nie protestowałem. Nie byłem przecież związkowcem. 
Kiedy przyszli po mnie, nikt nie protestował. Nikogo już nie było.

sobota, 17 listopada 2012

thank you frailty



thank you india
thank you terror
thank you disillusionment
thank you frailty
thank you consequence
thank you thank you silence
(…)
thank you india
thank you providence
thank you disillusionment
thank you nothingness
thank you clarity
thank you thank you silence

piątek, 16 listopada 2012

Mira



Byłam dziś u malarki, Miry Żelechower-Aleksiun, od której odbierałam obraz na hospicyjną aukcję. Pani Mira była zaniepokojona tym, co dzieje się teraz w Izraelu, w Jerozolimie bowiem mieszka jej córka z wnukiem, od rana ogląda relacje w telewizji. W ten sposób i dla mnie konflikt izraelsko-palestyński nabrał dziś innego, bardziej osobistego znaczenia.

Poza panteonem

Mira Aleksiun to wyjątkowa artystka, o dużej potrzebie duchowości, która przeszła w swoim życiu wyznaniową przemianę, podyktowaną podróżą do swoich korzeni: od chrześcijaństwa do judaizmu. W jej pracach odbija się jej rozwój duchowy, poszukiwanie tożsamości, przeżywanie wiary, odkrywanie w sobie żydowskości. Cykl „Światło Midraszy” jest komentarzem do czytań z Tory, z kolei „Kalendarz Schulzowski” czerpie z prozy pisarza z Drohobycza. We wcześniejszych pracach widać z kolei fascynację Biblią. Mira Aleksiun do dziś aktywnie działa na rzecz pojednania chrześcijan i Żydów. 

Z cyklu "Światło Midraszy"
Z cyklu "Światło Midraszy"



Twórczość pani Miry jest ze mną od dawna. Jako dziecko chodziłam do kościoła, gdzie w latach 80. pojawiły się wyjątkowe obrazy – ilustracje tajemnic różańcowych jej autorstwa. Stały się dla mnie, kilkuletniej dziewczynki, swoistą Biblią pauperum, kiedy nudę ceremonii mszalnych wypełniałam studiowaniem tych mrocznych, magicznych, pięknych obrazów. Chyba tylko dzięki nim nie straciłam jeszcze 
wtedy wiary. Pamiętam, że był problem z tymi obrazami – ludziom nie podobało się, że namalowała je Żydówka, chcieli je nawet usunąć, zastąpić innymi. Na szczęście zostały. Dziś chyba mało kto wie, że ten pokraczny, niemodny dziś budynek, jakim jest Kościół św. Trójcy na wrocławskich Krzykach, kryje w sobie prawdziwe dzieła sztuki. Myślę, że za kilkadziesiąt lat będzie jeszcze o nich głośno.
A tymczasem mam panią Mirę w pamięci.



czwartek, 15 listopada 2012

trudne

- Ponieważ to jest coś, o co się nigdy nie powinno prosić dziecka - brnęłam dalej. - Żeby przytuliło, pocieszyło, ratowało w nieszczęściu. Dodawanie odwagi i miłość powinny działać ku przyszłości, nie wstecz. Jest to jeszcze jedna z żelaznych zasad. Kiedy starsza osoba zaczyna domagać się miłości, wszystko traci wartość. Przypomina to ojca czy matkę kładących się z dzieckiem do łóżka. Jakieś to nienaturalne.
A jednak, jak ciężko rezygnować z bezpośredniego dotyku, z tych wszystkich dotyków, które nas wiążą z życiem! To jakby statek parowy oddalający się od nabrzeża, wstążki się naprężają, pękają, opadają. Wyruszanie w ostatnią podróż. (...)
(...) kiedy rodzisz dziecko z własnego ciała, dzielisz się z nim życiem, dajesz mu życie. Przede wszystkim pierwszemu dziecku, pierworodnemu. Twoje życie nie należy odtąd w całości do ciebie, jest jakby wspólne z dzieckiem. Dlatego my właściwie nie umieramy całkowicie, po prostu przekazujemy nasze życie, ono przez chwilę było w nas, a teraz podaliśmy je dalej. Ja jestem tylko skorupą, co sam widzisz, którą opuściła moja córka. Nie ma znaczenia, co stanie się ze mną. Nie ma znaczenia, co dzieje się ze starymi ludźmi. (...) Jest rzeczą przerażającą być na granicy odejścia. Nawet jeśli się jej dotyka tylko czubkami palców. Nikt nie chce odchodzić.
/J.M. Coetzee, "Wiek żelaza"/

Mama...
Zawsze się zastanawiam, kto robił to zdjęcie, do kogo się tak uśmiecha zalotnie...

Teraz mnie potrzebuje. Walczę z tym w sobie. Lata chłodu i milczenia zrobiły swoje, od nowa muszę się uczyć miłości do niej. Trudnej, o wiele trudniejszej niż ta, którą miała kiedyś - bezwarunkową miłość dziecka zapatrzonego w rodzica, pierwszy autorytet. Kiedy w późniejszym wieku kończy się czas idealizowania i  zachwyt dziecka gaśnie, a jego miejsce zastępuje żal, czasem nie ma powrotu.

środa, 14 listopada 2012

air of life

Miałam szczęście być na jej koncercie :) Jest świetna i niedługo przyjeżdża znów. Dawno jej nie słuchałam, bo zupełnie inne nuty mi w głowie miejsce znalazły, ale dziś wracam, bo warto - chociażby dla tej pozytywnej energii.



Hm... ciekawe, czy ma koka zrobionego na skarpetkę :D

wtorek, 13 listopada 2012

poniedziałek, 12 listopada 2012

des taxis pour les galaxies

„Cafe de flore” to film, który ma duży potencjał, ale za bardzo ociera się o kicz, żeby być po prostu dobry. Wiodącą historią jest obraz rozstania Carole i Antoine, pary będącej ze sobą od czasu dorastania. Przekonani do o pokrewieństwie swoich dusz i o tym, że są dla siebie wybrani i wyjątkowi, że ich miłość jest jedyna i absolutna, cierpią z powodu rozstania, które spadło na nich po 25 latach wspólnego życia jako idealna rodzina. Oboje wierzą w mit miłości absolutnej, więc w momencie, kiedy ich związek rozpada się, zadają sobie pytanie, jak to możliwe, żeby to idealne uczucie skończyło się i mogło być zastąpione innym, wcale nie gorszym, również idealnym, jedynym. Pytanie to zadaje sobie przede wszystkim Carole, która nagle zostaje sama. Próbuje sobie wyjaśnić to, co ją spotkało, na wiele sposobów, jednak nie znajduje odpowiedzi. Pytanie to męczy również Antoine'a, który żyje z poczuciem winy i długo nie potrafi zapewnić poczucia bezpieczeństwa swojej nowej wybrance. Aby tak się stało, Carole wszak musi mu wybaczyć, pogodzić się z tym, co się stało, pozwolić ukochanemu odejść, a ona jest wciąż w żałobie po związku i na skraju rozpaczy, bliska odebrania sobie życia.
Okazuje się jednak, że jedyne wyjaśnienie, które jest w stanie zaakceptować, jest dość kuriozalne, wręcz kiczowate i to najsłabszy moment filmu. A ponieważ jest to jednak ogniwo spajające dwie równolegle opowiadane historie: Carole i Antoine'a oraz Jacqueline, samotnej matki wychowującej syna z zespołem Downa (w tej roli świetna Vanessa Paradis), w efekcie ciągnie cały film w dół. Podobnie jak sielankowa końcówka, dość mało prawdopodobna, mocno przesłodzona. Szkoda, bo estetycznie jest to prawdziwa perełka, dawno nie widziałam w kinie tak dopracowanych zdjęć, pięknych kadrów, celnych obserwacji, zachwytu nad szczegółem, piękna brzydoty, nie słyszałam tak bliskiej mi muzyki (a na końcu… „Le vent nous portera”…, czyli „Uniesie nas wiatr” - ale jako cover).
Jest to więc film dobry i niedobry zarazem. Bardzo dobrze zagrany, bardzo dobrze nakręcony, ale wpadający w banał i pretensjonalny. Okazuje się, że trudno jest we współczesnym kinie mówić o absolutnej miłości językiem, który by nie był kiczowaty. Może dlatego, że, zamknięci w ramach racjonalizmu i życiowych doświadczeń, nie możemy w taką miłość uwierzyć. Chociaż...