wtorek, 31 grudnia 2013

brand new...

bez podsumowań
bez postanowień
z marzeniami spisanymi tylko w głowy zakamarkach

obyśmy umieli być szczęśliwi
obyśmy byli sobą
oby nikt przez nas nie płakał
obyśmy osiągali zamierzone cele
obyśmy pomagali Innym
i niech ten następny będzie lepszy


sobota, 14 grudnia 2013

Bator o genderze

Zawierucha nad genderem w Polandzie robi się coraz bardziej... absurdalna. A najlepsze jest to, że ci, którzy się gendera czepiają, nie mają pojęcia, czym jest, a jeszcze dodają do tego słowo klucz - "ideologia". Dobry tekst o tym napisała Joanna Bator, opublikowany dziś w magazynie świątecznym Gazety Wyborczej.

(...) W ramach feminizmu kategoria gender używana jest w sposób opisowy i krytyczny. Wynika to z tego, że w każdej kulturze trwa walka między różnymi koncepcjami kobiecości i męskości.
Każda kultura jest walką o władzę. Ci, którzy mają władzę, ustalają, co jest normą, mówią, jaka powinna być normalna kobieta, normalny mężczyzna, co im wolno, a czego nie. Feministki nie zgadzają się na te koncepcje gender, które głoszą podporządkowanie kobiet. (...)
Mówią: nie dzielimy kobiet na lepsze i gorsze, prawdziwsze i mniej prawdziwe, nie dyskwalifikujemy ich wyborów, nawet jeśli same nigdy byśmy ich nie podjęły. Nie potępiamy kobiet, które uważają, że ich jedynym powołaniem jest macierzyństwo i zajmowanie się domem, które piorą, prasują i gotują z ochotą (lub bez ochoty), nie stosują antykoncepcji innej niż watykańska ruletka, rezygnują z in vitro. Proszę bardzo. Tak długo, jak długo nie wkładacie nosa pod nasze kołdry i nie narzucacie nam swojego światopoglądu. (...)
Dlatego feministki mówią też: chcemy, by każda kobieta miała wolny wybór bycia takim człowiekiem, jakim być pragnie, by miała w zasięgu jak najwięcej możliwości realizowania swojego potencjału i by miała dokąd udać się po pomoc, kiedy jej potrzebuje. Wierzą, jak i ja wierzę, że dobre państwo powinno tak działać, by jej to zapewnić. Sytuacja, w której kobiety zwracają się do papieża, by bronił je przed głupotą polskiego kleru, jest dla mnie przerażająca. Oznacza, że zawiodły wszystkie instytucje i mechanizmy demokratycznego państwa.

piątek, 6 grudnia 2013

nie trzeba wielu słów

Nikt nie rodzi się z nienawiścią do innych z powodu koloru ich skóry, pochodzenia czy wyznania. Narody uczą się nienawiści, a skoro potrafią nauczyć się nienawiści to mogą nauczyć się także miłości, bo miłość jest bardziej naturalna dla ludzkiego serca niż jej przeciwieństwo.

/Nelson Mandela/

czwartek, 28 listopada 2013

grow up child...

coś się zmienia
zmienia się na lepsze
zmienia mi się świadomość
dystans pomaga akceptować
to co mnie spotyka
w dobrych i złych przejawach
i życie już nie swędzi
nie zrani tak mocno jak dawniej
wystarczy pójść dalej

dziś na spacerze w lesie spotkaliśmy cztery sarny i dwa zające :)))
wczoraj las był biały
nie mam zdjęć
mam tylko (aż) wspomnienia
zapisane pod powiekami

słuchałam Lamb i Cohena, którego znam na pamięć
więc proszę...


poniedziałek, 18 listopada 2013

umysłu nieobecność

Halina Poświatowska
Lubię tęsknić

lubię tęsknić
wspinać się po poręczy dźwięku i koloru
w usta otwarte chwytać
zapach zmarznięty

lubię moją samotność
zawieszoną wyżej
niż most
rękoma obejmujący niebo

miłość moją
idącą boso
po śniegu



sobota, 9 listopada 2013

sorry Polsko

Siadam do pisania bezsilna. Od paru dni zastanawiam się, co napisać - na 9 listopada, na 11 listopada, na Dzień Wzajemnego Szacunku w 75. rocznicę Nocy Kryształowej i Dzień Odzyskania Niepodległości. Bo chciałabym, żeby ta data była jedna i żeby obie te uroczystości scaliły się. Chciałabym, żeby w patriotyzm i niepodległość był wpisany wzajemny szacunek, tolerancja, otwartość,  a nie - nieufność, rewanżyzm, prawda jedynie słuszna, brunatne koszule, zamknięte granice. Nie chcę dwóch dat, tylko jedną, uniwersalną, która pozwoli mi świętować polskość ze wszystkimi jej wzlotami i upadkami. Chcę świętować dzień walki z faszyzmem i niepodległości w jednym.

środa, 6 listopada 2013

piątek, 1 listopada 2013

wszyscy się spotkamy

Ewa Lipska

Dzień żywych 

W Dniu Żywych
umarli przychodzą na ich groby
-- zapalają neony
i przekopują chryzantemy anten
na dachach wielopiętrowych grobowców
z centralnym ogrzewaniem.

Potem
zjeżdżają windami
do swej codziennej pracy
do śmierci.




czasami chciałabym cofnąć czas

poniedziałek, 28 października 2013

obcasikiem

Marta Podgórnik

* * *

chciała okazać ufność przy pomocy zestawu ale
co to to nie powiedziało niebo nie ma mocy uzdrawiać
zamilknie nareszcie wtórowało mu słońce i wszystko pod słońcem

nieszczęsna lecz przecież nie całkiem zabita nie
wykończona jeszcze patrzy z nad krawędzi stuka obcasikiem
szelma wciąż krew w niej gra awangardowo jeszcze
powietrze łapie z wirtuozerią szczupaka czego płacze

niewierna której winy będą wymazane dopiero deszczem
bębniącym w szyby bieszczadzkiego domku gdzie na
maszynie przodków będzie tkała wiersze tylko dla siebie
zmyślała historie i zamiast kary wreszcie poniesie dar życia

niebo nie ma mocy uzdrawiać...

tam... :(


Smutno.
Tam - jest też Tadeusz Mazowiecki, któremu zawdzięczam m.in. wolną Polskę.
Wielki skromny Człowiek, jeden z nielicznych Autorytetów. 
Dużo śmierci wokół ostatnio... za dużo.

piątek, 18 października 2013

odosobnienie

Po takiej nocy jak poprzednia na drzewach jest dużo mniej liści, a pola porośnięte "mimozami" (tymi z piosenki Niemena) stają się jeszcze bardziej bure i zgniłe. Jesień słoneczną i złotą lubią chyba wszyscy, ale tę drugą jej twarz, deszczową, wietrzną, obumierającą polubić trudniej. A ja ją lubię całą, choć z domu dzisiaj nie wyszłam, żeby nie wystawiać zdrowia synka na jej kaprysy. Ale jutro znów pójdziemy na spacer do lasu... Pod naszym bukiem pewnie zastaniemy piękny kobierzec z liści, a po obu stronach ścieżki będą się czerwienić nowe kapelusze muchomorów :)










poniedziałek, 14 października 2013

Ułan Bator

Kiedy byłam mała, jedną z większych przyjemności znajdowałam w przeglądaniu pocztówek, które moja rodzina dostawała od lat. Mama gromadziła je w pudełku, pudełko było w komódce ukryte w szufladzie i chociaż nikt nie zakazywał mi tam zaglądać, oglądanie i – później – czytanie pocztówek miało coś w sobie z tajemnicy. O wiele bardziej interesujące od kartek świątecznych czy imieninowych były oczywiście kartki z różnych stron Polski, bo dzięki temu mogłam zobaczyć, jak wygląda Ciechocinek, Ustka, Warszawa (a tu Wilanów), Kraków, Poznań, Kazimierz Dolny, Mikołajki i wiele innych miejscowości. Szczególnym rarytasem były jednak pocztówki z zagranicy. Dziwne, egzotyczne, z niesamowitymi znaczkami, które odklejałam nad parującą wodą, suszyłam i wkładałam do klaserów. Była wśród nich kartka z Ułan Bator. Nie pamiętam już, kto ją wysłał ani kiedy. Pamiętam jednak, że na tej pocztówce stolica Mongolii wydała mi się najpiękniejszym miastem świata. Prawdopodobnie ważna też była sama nazwa, dość dziwaczna i zupełnie niespotykana: Ułan Bator… Nie wiedząc nic o tym dalekim kraju, snułam domysły, jak tam musi być pięknie, kolorowo, egzotycznie, bajecznie… I w dziecięcym marzeniu zapragnęłam tam kiedyś pojechać. To marzenie zostało potem wzmocnione opowieścią znajomego o pięknie mongolskich stepów.
A dziś to dziecięce wyobrażenie, idealizowane, a jakże, zdruzgotał ten oto opis z książki Andrzeja Stasiuka:
Ułan Bator jest straszne. Codziennie sprawdzam w necie, jaka jest tam pogoda. Dzisiaj akurat chmury i tylko minus dwadzieścia. Najczęściej jest zimniej: minus dwadzieścia pięć, dwadzieścia siedem, trzydzieści. Wyobrażam sobie, jak o trzeciej, czwartej zapada zmrok i miasto tonie w ciemnościach. Prawie nie ma latarni. Świecą witryny, trochę reklam i reflektory samochodów. Skute mrozem obozowisko z betonu na środku stepu. Z jurtowych slumsowisk snuje się węglowy dym. Pokrycia namiotów są czarne od sadzy. Zresztą całe miasto musi być czarne, bo pali się tylko węglem. Najbrzydsza i najzimniejsza stolica świata – tak się o nim mówi.
Dlatego wyjazd z Ułan Bator ma w sobie coś z podróży mistycznej: jakbyśmy przeszli na drugą stronę lustra, jakbyśmy opuścili fatalność człowieczej kondycji z jej rozpaczliwym imperatywem rozwoju oraz modernizacji. Oto raptem wszystko się kończy. Nie ma właściwie przedmieść, bo przecież całe Ułan wygląda jak przedmieście. Zjawia się step i niebo bez śladu zrasta się z ziemią. Droga niknie na horyzoncie.
/Andrzej Stasiuk, Nie ma ekspresów przy żółtych drogach, Czarne, Wołowiec 2013/

Tych pocztówek już dawno nie ma…

środa, 9 października 2013

rapete-papete pstryk!

Agnieszka Osiecka, „Szukam wiatru w polu”
Są takie noce
od innych łaskawsze,
kiedy się wolno wygłupić,
wolno powtarzać "nigdy" i "zawsze",
wolno słowami się upić,
tylko nie wolno tej nocy pod różą
okraść, okłamać, oszukać,
bo się już będzie
odtąd na próżno
bezsennej nocy tej szukać...
Szukam wiatru w polu,
zapomnianych słów,
śladu łez w kąkolu,
przedwczorajszych bzów.
Szukam wiatru w polu,
jak to trwa i trwa,
chociaż oczy bolą,
szukam w niebie dna...
Są takie noce
od innych ciemniejsze,
kiedy się wolno rozpłakać,
wolno powtarzać słowa najświętsze,
mówić o wróżbach i znakach,
tylko nie wolno tej nocy pod różą
okraść, okłamać, oszukać,
bo się już będzie
odtąd na próżno
bezsennej nocy tej szukać...
Szukam wiatru w polu,
zapomnianych słów,
śladu łez w kąkolu,
przedwczorajszych bzów.

Szukam wiatru w polu,
jak to trwa i trwa,
chociaż oczy bolą,
szukam w niebie dna...

dziś Osiecka skończyłaby 77 lat 

piątek, 27 września 2013

jesień... lately :)

te zdjęcia jeszcze nie takie...
bo nie ma wolności spojrzenia i czasu :)
ale jeszcze będą





Na dokładkę Kate Bush, ona taka jesienna dla mnie :)



poniedziałek, 16 września 2013

"żabko, nie wciąż na dystans"*

Paweł Kozioł   
***

co powiedzą te miasta szlifowane
papierem ściernym mrozu i waszych gazet białym
światłem gorączki solą śniegu po którym

tak prześlizguję się obok twojego życia
nieobecny oddechem
nieobecny wierszem

co powiedzą te miasta którym niosę ogień
samotności a zresztą mniejsza o miasta dlaczego
im więcej mojego słowa tym więcej twojej ciszy

zaś moja cisza odbija się w lustrze
twojej bez śladu gdy stają naprzeciw

siebie nie wiedząc jak przyznać się do racji

Wiersz przeczytany i "pożyczony" z bloga Eweliny.
* cytat z innego wiersza tego samego autora, "Pieśni o żabce i gwoździu", do przeczytania tu.

wtorek, 10 września 2013

garb

Ja też toczę swój garb :) Suma lat, zdarzeń, uśmiechów, uniesień, łez, smutku, samotności, spotkanych ludzi, decyzji, wyborów, marzeń spełnionych i nie do spełnienia, zaprzepaszczonych planów, dumy i wstydu, podjętych wyzwań, rezygnacji...
Stachura na kolejną podróż :)


czwartek, 5 września 2013

close to me

Oto dzieje się, już, bliskość życia i śmierci, naturalne ujarzmione przez "pomoc medyczną", zamykane w sterylnych salach, z czujnikami, setkami leków,wenflonów, zastrzyków, przyrządów, narzędzi. Oto Cię przeprowadzą, Synku, na drugą stronę świata, bo moja obecność nie wystarczy, więc będziesz popychany, szarpany i wyciągany, oceniany i badany, oglądnie Cię z każdej strony czujne oko innych. Zanim będziemy sami, minie wiele chwil. Zanim znajdziemy siebie, minie wiele nieprzespanych nocy. Nie wiem jeszcze, jak być Twoją mamą, na ile Cię chronić, a na ile szczerze mówić, jaki jest świat, a jaki mógłby być... Ale może się tego nauczę? Tak jak uczę się od tylu lat przy Twojej Siostrze. Chciałabym być mamą odważną, żebyś i Ty był odważny, mamą wrażliwą, żebyś i Ty był wrażliwy, silną i ciepłą, żebyś i Ty był silny i ciepły. I czasem też wyluzowaną, żebyś umiał cieszyć się życiem :) Ale chcę też, żebyś wiedział, że każdy ma prawo szukać, wątpić, upadać i błądzić. Tak jak każdy ma prawo wybierać. Dobrze i źle. Jedno i drugie ma swoje konsekwencje. To dla Ciebie...


Tak naprawdę w zamierzeniu ten post to miały być podziękowania i jeden z ostatnich tak osobistych i emocjonalnych wpisów. Nie miałyby moje powyższe słowa takiego wyciszonego tonu, gdyby nie wspaniali Ludzie, którzy towarzyszyli mi w tym trudnym oczekiwaniu. Dziękuję! Zwłaszcza dwójce, Małgosi i Mirkowi. Margot, Ty miałaś i masz swój niełatwy czas, a jednak przy mnie byłaś, jak zawsze od prawie 25 lat... Mirku, Ty mógłbyś mieć najmniej powodów, żeby mi towarzyszyć, a zrobiłeś więcej niż ktokolwiek inny. Dziękuję :))) I wszystkim Innym, pytającym, wspierającym, wysyłającym dobre myśli - serdeczne dzięki!!! Z Wami ten świat jest lepszy :))) 


wtorek, 27 sierpnia 2013

still waiting

kolejny podobny do innych dzień
podobnie się zaczął
podobnie się toczy
podobnie się skończy
jeszcze nie dziś
to spotkanie
na które czekam
jeszcze nie dziś
ten wysiłek największy
na który sił nie mam
jeszcze nie dziś
te zmiany którymi uciekłam
w bezpieczny świat



poniedziałek, 19 sierpnia 2013

słowo jest bronią

Kiedy przyszli po Żydów, nie protestowałem. Nie byłem przecież Żydem.
Kiedy przyszli po komunistów, nie protestowałem. Nie byłem przecież komunistą.
Kiedy przyszli po socjaldemokratów, nie protestowałem. Nie byłem przecież socjaldemokratą.
Kiedy przyszli po związkowców, nie protestowałem. Nie byłem przecież związkowcem.
Kiedy przyszli po mnie, nikt nie protestował. Nikogo już nie było.

/Martin Niemöller/

dlatego trzeba mówić

To jeszcze Herbert, chociaż patosu dużo.

(...) ocalałeś nie po to aby żyć
masz mało czasu
trzeba dać świadectwo
bądź odważny gdy rozum zawodzi
bądź odważny
w ostatecznym rachunku
jedynie to się liczy
a Gniew twój bezsilny
niech będzie jak morze
ilekroć usłyszysz
głos poniżonych i bitych
/Zbigniew Herbert, "Przesłanie Pana Cogito", fragment/

sobota, 17 sierpnia 2013

XX

Bardzo dobre cytaty wyszukuje ktoś, kto prowadzi na facebooku profil Polecam poczytać Świrszczyńską. Bez bałwochwalstwa, bez zadęcia, ot, jak patrzyła na świat patronka tego profilu - z dystansem i zachwytem jednocześnie, celebrując kobiecość, ale i wytykając jej wady. To szczere i uczciwe podejście.
Mnie moja własna płeć nierzadko przytłacza, zwłaszcza że od ponad ośmiu miesięcy znajduję się całkowicie w jej mocy i... ledwo zipię. Nie, nie lubię tego stanu, tej manifestacji kreacyjnych możliwości, rozgrywających się na oczach publiczności - podziwiającej czy litującej się nade mną. Nie lubię tego całego kulturowego ciężaru przylepionego do macierzyństwa, stereotypów, klisz, komentarzy, niepotrzebnych pytań. Wolałabym, żeby dzieci przychodziły na świat i chowały się poza "matczyzną", która, owszem, bywa naturalnie piękna, ale i oblepiająco toksyczna. Żeby wychować dziecko ponad tym całym sztafażem wzorów i ról, trzeba by było funkcjonować poza kulturą. No cóż, można mieć tylko nadzieję, że dąży się do jakiegoś, wybranego przez siebie, ideału... Chociaż... chrzanić to, ideały to fikcja ;)  

Cytaty... prosz... za profilem jak wyżej.

"...dziewczynka, gdy stanie się kobietą, będzie wiedziała, jak poruszać się w świecie. A w szczególności zrozumie, że gdy ją boli, to tak naprawdę nie boli. Gdy jej się chce, to tak naprawdę jej się nie chce, a gdy nie chce, to właśnie chce. Gdy płacze, to histeryzuje i jest niewdzięczna. Gdy się na coś nie zgadza, to jest wredna i cyniczna. Gdy się cieszy, to się wygłupia albo jest pijana. Gdy chce ładnie wyglądać, to się mizdrzy, a gdy kimś się zainteresuje, to się puszcza. Gdy się wstydzi, to jest głupia, a gdy się nie wstydzi, to jest bezwstydna. Gdy się przy czymś upiera, to przesadza, a gdy się nie upiera, to nie wie, czego chce. Jak kocha, to jest naiwna, a jak nie kocha, to jest zimna. Gdy ma ochotę na seks, to jest suką, a gdy nie ma ochoty na seks, to też jest suką. Jeśli chce być kimś - to znaczy, że przewróciło się jej w głowie, a jak nie chce być kimś, to jest głupią kurą. Jeśli jest sama, to znaczy, że nikt jej nie chciał, a jeśli jest z kimś, to znaczy, że cwana. Wtedy też będzie wiedzieć, że gdy dostaje furii - to jej się tylko tak zdaje. W każdym razie może być pewna, że nie ma żadnych prawdziwych powodów do gniewu i powinna udać się po poradę do psychoterapeuty".
/Wojciech Eichelberger, Kobieca furia, "Wysokie obcasy" nr 25 (GW nr 146 z dn. 24.06.2000)/

„We współczesnym feminizmie istnieje też pewna tendencja, z którą się nie zgadzam. Polega ona na idealizowaniu kobiet i wynika z fałszywego według mnie przekonania, że kobiety to jakiś lepszy gatunek człowieka, że nie są agresywne jak mężczyźni, że gotowe są zawsze nieść pomoc innym, że mają w sobie wiele siostrzanych uczuć i empatii. To nie jest prawda. Kobiety są ludźmi i zachowują się jak ludzie. Są dokładnie tak samo agresywne jak mężczyźni, rzecz w tym, że ich agresja przejawia się w inny sposób niż agresja męska. Kobiety jako słabsze fizyczne musiały znaleźć inne metody wyrażania agresji. Dziewczynki w szkole nie biją się ze sobą jak ich koledzy, ale potrafią być bardzo okrutne wobec swoich koleżanek, dokuczać, ignorować, niszczyć psychicznie.”
/Majgull Axelsson, źródło/

fot. Kaveh Golestan
Pewna starsza pani zapytana przez dziecko, czy jest młoda, czy stara, odpowiedziała: "Drogie dziecko, jestem młoda od bardzo dawna".
/H. Jackson Brown, Jr./

środa, 14 sierpnia 2013

zawsze

Pięć lat… cała wieczność. To już tak długo Cię nie ma? Przecież wszystko pamiętam, każdą chwilę i słowo, każdego spotkanego tego dnia człowieka, promienie słońca za oknem, szczebiotanie Z., telefon od obcej osoby, dźwięk domofonu, jego szybki powrót z pracy, Twój ciężar w moich rękach, rozścielone grube prześcieradło, czuwanie poza bólem i czasem, ciszę w domu, zatrzymany czas. Zatrzymane życie.

A potem pustka, pustka i cisza dzwoniąca w uszach. Noc. Dom, do którego trudno było wrócić i do którego niemożliwe było nie wracać.

Kolekcjonuję Twoje uśmiechy.

Dobrze, że jesteś przy mnie.


sobota, 3 sierpnia 2013

upał.../il y a un an...

Czesław Miłosz
Tłumacząc Annę Świrszczyńską na wyspie Morza Karaibskiego

Koło bananowców, na leżaku nad basenem / W którym Carol robi nago swoje pętle / Crawlem i klasycznym, przerywam jej / Pytając o synonim. I znów pogrążam się / W mruczącą polszczyznę, w rozpamiętywanie.

Z powodu nietrwałości umysłu i ciała, / Z powodu twojej czułości dla naszego losu / Przywołuję ciebie i będziesz między ludźmi / Choć napisałaś w wierszu: “Nie ma mnie”. / “Jaka radość, że nie ma mnie”. / Co wcale nie znaczy: “I do not exist / Ani: Je n’existe pas, i jest słowiańskie: / Mnie nietu, jak rodem z Orientu.

I, zaiste, wysławiając bycie: / rozkosz miłosnego dotyku, rozkosz biegania po plaży, / wędrowania po górach, nawet grabienia siana,
Znikałaś, żeby trwać bezosobowo.

Kiedy zobaczyłem ciebie raz ostatni, / Zrozumiałem, dlaczego ciebie nie lubili, / Ani twojej poezji. Z tą twoją białą grzywą / Tylko jeździć na miotle, mieć diabła za kochanka, / A ty jeszcze obnosiłaś się / Z filozofią wielkiego palca u nogi, / Żeńskiej szpary, pulsu, grubego jelita.

Definicja tej poezji: cokolwiek robimy, / Pragnąc, kochając, posiadając, cierpiąc, / Jest zawsze tylko tymczasem, / Bo musi gdzieś być inne, prawdziwe i stałe, / Choć zupełnie nie wiadomo, czym jest wieczność.

I ciało jest najbardziej tajemnicze, / Ponieważ tak śmiertelne, chce być czyste, /Uwolnione od duszy, która krzyczy: “Ja!”


Metafizyczna poetka Anna Świrszczyńska / Najlepiej czuła się stojąc na głowie.

poniedziałek, 29 lipca 2013

królowa nie istnieje

Są książki, które zwracają moją uwagę od samego początku i co do których mam pewność, że mnie nie zawiodą. Często są wśród nich reportaże. Nie wiem dlaczego akurat ta książka wydała mi się absolutnie godna zaufania, ale myślę, że to wcale nie chodzi o egzotykę opisanego miejsca ani o aurę tajemniczości, która nad jego historią się roztacza. To chyba raczej chodzi o temat, spiralę zła, świat odwróconych wartości, gdzie ludzie dają zawładnąć sobą swoim Cieniom. W ten sposób trafiła do mnie „Jutro przypłynie królowa” Macieja Wasielewskiego.

Reporterowi udało się podstępem dostać i znaleźć schronienie na wyspie Pitcairn, która jest jednym z najbardziej izolowanych miejsc na świecie, gdzie nie doleci żaden samolot, zamieszkałej w większości przez potomków buntowników z Bounty i uprowadzonych przez nich Tahitanek. Wiedział, że jako dziennikarz nie ma tam czego szukać – wyspiarze strzegą tajemnicy historii Pitcairn przed całym światem, są nawet agresywni wobec tych, którzy za dużo węszą. Podał się więc za naukowca, antropologa, dzięki czemu udało mu się trafić w gościnę do jednego z miejscowych małżeństw. Jednak niewielu chciało z nim rozmawiać, Pitcairneńczycy są nieufni, śledzili każdy jego ruch, aż w końcu odkryli prawdziwy powód wizyty i wyrzucili go z wyspy.
Powstała książka nieco chaotyczna, ale bogata w informacje pozbierane z dokumentów z różnych czasów, artykułów prasowych, pamiętników, protokołów sądowych, wywiadów, rozmów i obserwacji. Pitcairn z reportażu Wasielewskiego to wyspa aż duszna od egzotyki, pachnąca mandarynkami i kokosem. Ten potencjalny raj na ziemi jest rajem tylko pozornie. Od pokoleń rządzą tu mężczyźni, którzy oprócz siły swoich rąk mają dla wyspy coś jeszcze: swoje żądze.  

[Veronica, której udało się uciec z Pitcairn]
Pamięta grzechot paciorków. Gdy odchodziła z domu. I ostatnie spojrzenie na pokój. Pośrodku stała kanapa. On siedział znudzony jak tygrys w klatce. Milczał. Matka poszła do łazienki. Odkręciła kran najmocniej, jak się dało.
- Nie zachowywała się jak matka. Bardziej jak kelnerka, która podaje jedzenie za pieniądze.
- Jaka była?
- Miała oczy otwarte na szczegóły: czy na przykład wracałam szybszym krokiem niż zwykle. Była wtedy smutna jak kura, której skradziono jajo. Co sobie myślała? Nigdy o tym nie rozmawiałyśmy. Może, że trzeba przeczekać, że się w końcu znudzą. Sama kiedyś była dzieckiem. Być może też wracała spokojnym krokiem albo biegła co tchu zamknąć się w pokoju, opowiedzieć sobie, co się wydarzyło.
- Opowiedzieć sobie?
- Tak. To ważne, żeby wytłumaczyć sobie, że tak naprawdę tego chciałam, że to nic strasznego, że każda z nas to przeszła.
- A ty komuś mówiłaś?
- Nie. Za to często włączało się myślenie magiczne. Jeśli tuż po przebudzeniu spojrzę w okno, nic złego się nie stanie. Jeśli pierwsza powiem „dzień dobry”, nic się nie stanie. Jeśli potrząsnę gałęzią, a mandarynki spadną parami, nic się nie stanie.

W zamkniętej społeczności, w której jest ciche przyzwolenie na zło, bo jego sprawcy są tej społeczności „potrzebni”, szybko wytwarza się cicha konieczność ponoszenia ofiar po to, by „był spokój”. Bo co by mogło być, gdyby chłopcy z Pitcairn nie mogli wyładować swojej agresji na 12-13-letnich dziewczynkach, na kobietach? Powybijaliby siebie nawzajem? Ojcowie i bracia znosili to, że ich córki i siostry są wykorzystywane, bo sami wykorzystywali inne. A jeśli oprawca był wyjątkowo okrutny, to najwyżej pod osłoną nocy podtruwali mu drzewa mandarynkowe w sadzie. W otwartym społeczeństwie, z wolnym dostępem do systemu penalizacji, byłaby szansa dla tych dziewcząt. W tak zamkniętym i oddalonym od cywilizacji jak wyspa Pitcairn, mogły tylko szamotać się w swoich klatkach zaklinając rzeczywistość. W tym mikroświecie, gdzie rządziła siła, nikt nie przyszedł im z pomocą. Ani wymiar sprawiedliwości, ani… inne kobiety, matki, ciotki, babki, kuzynki, siostry…
Wasielewski próbował dociec, jak to możliwe, że trwało to od dziesiątek lat, niemal tak samo, tam, gdzie powinny sięgać europejskie zwyczaje i jurysdykcja… (Pitcairn jest kolonią brytyjską). Oczywiście odpowiedzi może być wiele, od tych biologicznych, przez psychologiczne po polityczne i nawet ekonomiczne:   

Czytam dziewiętnastowieczne dzienniki: jeden na pięcioro Pitcairneńczyków tonie, spada z klifu albo zostaje zastrzelony. Pojawiają się w nich pytania: czy skłonności do dominacji i uległości nie nabyli na skutek dziedziczenia? Czy agresja nie brała się ze współzawodnictwa o zasoby? Czy gdyby zasoby były nieograniczone, pojawiłaby się agresja? Ówcześni Pitcairneńczycy uważali, że zarzewiem wojny Tahitańczyków z buntownikami z Bounty były kobiety, a właściwie ich niedostatek.
(…) W warunkach częściowej izolacji normy etyczne z czasem zaczynają żyć własnym życiem. Najważniejszym odniesieniem staje się tu i teraz. Człowiek zapomina, że gdzieś postępuje się inaczej.
(…) Być może nawyki marynarzy pomogły usankcjonować gwałty. Ojcowie z lubością opowiadali synom o swobodnym życiu na Bounty. Szorstki seks, animalny porządek, Tahitanki leżące w pościeli – synowie słuchali i powtarzali swoim synom: ananas to jabłko, kobieta to pochwa, gwałt jest jak jedzenie.
(…) Jeśli prześledzimy historię Wielkiej Brytanii w XX wieku, to szybko znajdziemy wytłumaczenie dla znikomego zainteresowania „polinezyjskimi zwyczajami”. Kolejne rządy w Londynie miały poważniejsze zmartwienia: dwie wojny światowe, przyszłość dominiów brytyjskich, Falklandy, kryzys ekonomiczny na przełomie lat 70. i 80., wreszcie Kuwejt czy Irak.

Szukanie przyczyn to powinność dziennikarska, tylko że… czasami staje się równoznaczne z szukaniem usprawiedliwienia. Dla zbrodniarzy.  Dla wymiaru sprawiedliwości. Dla milczących świadków. Dla tych, którzy nie zrobili nic. Dla naszego człowieczeństwa, które zbyt często okazuje się ułomne i nie zasługujące na swoją dumną nazwę. Wasielewski ociera się o takie wyjaśnianie sytuacji na Pitcairn, które próbuje częściowo zdjąć winę z różnych stron tego konfliktu. Cytuje nawet podawane przez innych argumenty, jakoby polinezyjskie kobiety były bardziej rozbudzone seksualnie. To tak, jakby same zachęcały do gwałtu. Należałoby ten argument wyraźnie skrytykować, tego trochę zabrakło.
Czasami myślę o Pitcairn w kontekście nazizmu. Przecież wtedy też doszło do powstania „nowych zwyczajów”, nowego prawa. Ktoś powiedział, że tylko rasa aryjska jest godna istnienia i rządzenia, a inne nie. Że jedni mogą żyć, zakładać rodziny, płodzić dzieci, cieszyć się z codzienności, odnosić sukcesy, a inni – nie. Dla dobra jednej rasy potrzebne było cierpienie drugiej, a wreszcie – zagłada. W normalnym społeczeństwie jest ponoć 1 proc. psychopatów, na Pitcairn jeszcze do niedawna ten odsetek według psychologów wynosił ok. 30 proc. Ale co to jest w takim razie psychopatia? Uśpioną możliwością każdego z nas, bo każdy ma w sobie cząstkę dobra i zła? Chcę wierzyć, że nie jesteśmy, my – ludzie, tylko maszynami, które mają skłonność do przyzwalania na zło, jeśli ktoś zdejmie z nich indywidualną odpowiedzialność, czyniąc zło powszechnym prawem. Że mamy mózgi od myślenia i rozpoznawania dobra i zła, a lata doświadczeń, nauczek z historii i tony mądrych myśli zamkniętych w książkach pomogą ocalić w nas człowieczeństwo. A jednak wciąż powtarzamy te same błędy - na Pitcairn, w Kambodży, w Iraku, w Korei Północnej, w hitlerowskich Niemczech i sowieckiej Rosji, w Polsce…

Obcy, kiedyś żył na wyspie:
- Granica między dobrem i złem, wcześniej nieprzekraczalna, zostaje przekroczona. Przeobraża się ludzka natura. Człowiek odkrywa w sobie ciemną stronę. Zmiany zachodzą szybko. Niespodziewanie szybko. Zapominasz, że na innej ziemi kłaniałeś się kobietom. Obserwujesz nową rzeczywistość w zadziwieniu, w bierności. Przechodzisz w stan porównywalny z depresją. Wydaje ci się, że jesteś bezradny, że możesz to jedynie zaakceptować. Jest wspólnota, są Chłopcy, ich zasady. Okazuje się, że to jedyne zasady, jakie dają poczucie bezpieczeństwa. Nie uchwycisz momentu, kiedy bierzesz je za swoje. Tracisz poprzednią tożsamość. Nie oceniaj mnie. Człowiek chce się przede wszystkim przystosować. Ochronić. Nie myśli o kosztach. To pokazuje, jak względne jest to, co nazywamy ucywilizowaniem, i jak łatwo możemy stracić człowieczeństwo.

Maciej Wasielewski, Jutro przypłynie królowa, Czarne, Wołowiec 2013.

wtorek, 23 lipca 2013

po drugiej stronie jest pewność, że...

Zbigniew Bieńkowski
***

Na ziemi,
pod słońcem,
w sercu własnym,
na polu niespodzianek,
w miejscu zamieszkania,
w oczach świata,
w ogniu sprzeczności,
gdziekolwiek, gdzie bądź, byle gdzie,
wszędzie, gdzie jestem, jestem niezastąpiony

Nikt za mnie krwi do żył nie napompuje.
Nikt skrawka ulicy, gdzie mieszkam, nie obróci na co dzień do słońca, na noc szczęśliwą do księżyca.
Nikt nie zajmie mojego punktu widzenia.
Nikt nie dojdzie mojej racji bytu.
Nikt nie dozna moich rozkoszy, moich klęsk, moich rozczarowań.
A moje poczucie rzeczywistości? A mój zmysł równowagi? A moja radość życia? A mój instynkt samozachowawczy?
Miałby przepaść lub nie istnieć wcale?
Jestem niezastąpiony, bo niezastąpione jest ja.
Beze mnie
serce bezczynne, oczy bezwzroczne, los bezwzględny.
Beze mnie,
co tu dużo mówić, świat nie ma żadnej wartości.
Beze mnie ty nie jesteś tobą.
Ja jest niezastąpione.
Słyszę wasze milczenie, drewno stołu, kamieniu popielnicy, srebro lamy, złoto stalówki.

Weź mnie w swoją obronę słowo!
To twoja rola w mojej mowie.


/z cyklu nieświrszczyńsko i w odpowiedzi na wiersz "Wdzięczność dla butów"/


wtorek, 16 lipca 2013

looking back




Nie, wcale nie anielskie chóry. Pęknięcie od kołyski. Brak konsekwencji. Symbioza sprzeczności.
Na muzykę siłę jeszcze mam. Ale na wszystko inne już nie.

środa, 10 lipca 2013

sezon na wspomnienia

Jacek Dehnel
Czereśnie

Strącanie patykami czereśni „hiszpanek”
(żółtych, pomarańczowych, białych, różowawych)
i spadające z góry złamane gałązki,
z liśćmi i owocami. Zbieranie ich z trawy.
Liście duże, skórzaste. Znowu. Celowanie.
I czereśnie, pęknięte od nadmiaru soku,
naddziobane przez szpaki. I długi bieg roku
zanim znowu dojrzeją i znów będzie można
wybiegać rano z domu (cicho, na parterze
ktoś od dawna umiera) i przebiegać wąskim
przejściem między klombami, i jak małe zwierzę
polować na czereśnie. Jak kot. Jak ostrożna
nutria-wegetarianka.
Nic z tego się nie da
ocalić. Mimo licznych usiłowań, mimo
prób zwykłych, generalnych, kostiumowych nawet.
Mimo projekcji slajdów, polewania zimną
wodą, galwanizacji wyciętego drzewa
i oddychania usta-pustka. Tamta klisza
jest wciąż mglista, nieostra. Jakiś brzydki liszaj,
czas, wdał się i nie puszcza. Drzewo, słońce, kije
spadające przez warstwy liści są jak projekt,
jak rysunek techniczny szczęścia (tytuł: Klawe
dzieciństwo. Numer serii: C4A8),
które nigdy nie ruszy. Niemalże niczyje.



Wrocław, połowa lat 70. Moja siostra królewna...

piątek, 28 czerwca 2013

pamięć

Tomasz Różycki
Spalone mapy

Pojechałem na Ukrainę, to był czerwiec
i szedłem po kolana w trawach, zioła i pyłki
krążyły w powietrzu. Szukałem, lecz bliscy
schowali się pod ziemią, zamieszkali głębiej

niż pokolenia mrówek. Pytałem się wszędzie
o ślady po nich, ale rosły trawy, liście,
i pszczoły wirowały. Kładłem się więc blisko,
twarzą do ziemi i mówiłem to zaklęcie -

możecie wyjść, już jest po wszystkim. I ruszała
się ziemia, a w niej krety i dżdżownice, i drżała
ziemia i państwa mrówek roiły się, pszczoły
latały ponad wszystkim, mówiłem wychodźcie,

mówiłem tak do ziemi i czułem, jak rośnie
trawa ogromna, dzika wokół mojej głowy.


sobota, 22 czerwca 2013

słu-chaj

Anna Świrszczyńska

Wdzięczność dla butów

Jestem nieważna.
Nie zapominam o tym nigdy.
Chodzę jak człowiek nieważny,
Siedzę jak człowiek nieważny,
myję się, śpię i jem najzupełniej nieważnie.

To podobno dlatego, że w dzieciństwie
miałam zawsze podarte buty.

Dzięki tym butom powitam bez zaskoczenia
w pewnej nieważnej chwili
nieważny fakt oficjalnego przejścia
do stanu zbiorowej nieważności.


Żródło: Sylvia Plath Poetry

piątek, 21 czerwca 2013

trzysta

Niektóre rzeczy nie przestaną mnie zadziwiać w negatywnym sensie.
Jedną z nich jest właściwe moim rodakom zachowanie polegające na celebrowaniu własnego cierpienia. Czasami mam wrażenie, że nic tak nie podbudowuje naszego narodowego ego, jak uskarżanie się i lamentowanie nad nieszczęsnymi kartami w historii, kiedy to byliśmy niewoleni, mordowani i wynaradawiani. Dlaczego mnie to dziwi? Bo lamentowanie nic nie daje oprócz nieco lepszego samopoczucia. Czynię z siebie ofiarę, a więc domagam się współczucia, nie pozwalam na wytykanie moich wad (bo przecież ofiary są święte) i - wreszcie - rozgrzeszam sam siebie za ewentualne krzywdy, jakich doznali inni z mojej ręki. Bo przecież i tak jestem ofiarą. To celebrowanie cierpienia idzie więc tylko w jedną stronę - roszczeniową, a nigdy w dialog czy gotowość do wyznania swoich win.
Nie chodzi mi o to, że ofiarom nie należy się pamięć i szacunek, bo się bezsprzecznie należą. Chodzi mi o to, żeby rozpamiętywanie nieszczęść niosło też i w następstwie pokorę i wyciągnięcie ręki, żebyśmy nie zapiekali się w swojej nienawiści i nie pielęgnowali uczuć mściwych.
Dlatego nie rozumiem, dlaczego niektórzy posłowie upierają się przy tym, żeby w uchwale upamiętniającej ofiary rzezi wołyńskiej znalazło się określenie "ludobójstwo". Dlatego nie rozumiem, dlaczego 20 lipca w Radymnie odbędzie się rekonstrukcja historyczna... rzezi wołyńskiej. Dlatego nie rozumiem retoryki smoleńsko-katyńskiej. Dlatego nie rozumiem, dlaczego romantyczny mit Polski-Mesjasza Narodów jest wciąż tak atrakcyjny. Dlatego nie rozumiem odrzucania ciemnych kart historii i udawania, że Jedwabne czy Radziłów to tylko wymysły. Dlatego nie rozumiem, dlaczego stawianie Polaków w roli innej niż tylko ofiary nazywa się działaniem antypolskim. Nie rozumiem wybiórczego korzystania z historii. Nie ma prawd jedynie słusznych.

My, Ukraińcy, powinniśmy sobie rzeź uświadomić i z całego serca przeprosić. Bo ten, który przeprasza, nigdy się nie myli i jest na dobrej drodze. Nawet jeśli jemu też uczyniono krzywdę. Tylko że nasze dzisiejsze społeczeństwo jest w takim agresywnym nieludzkim stanie, że liczyć na natychmiastowe masowe przeprosiny jest trudno. Rekonstrukcja rzezi to tylko oddala, prowokuje kolejne urazy, ostre nawroty nienawiści. To nie ma nic wspólnego z bólem, z ofiarami rzezi. To lekceważenie.
/Jurij Andruchowycz, ukraiński pisarz/


niedziela, 16 czerwca 2013

antylopy plecy

Eward Stachura
Nie brooklyński most


Rozdzierający
Jak tygrysa pazur
Antylopy plecy
Jest smutek człowieczy

Nie brookliński most
Ale przemienić
W jasny, nowy dzień
Najsmutniejszą noc
To jest dopiero coś!

Przerażający
Jak ozdoba świata
Co w malignie bredzi
Jest obłęd człowieczy

Nie brookliński most
Lecz na drugą stronę
Głową przebić się
Przez obłędu los
To jest dopiero coś!

Będziemy smucić się starannie!
Będziemy szaleć nienagannie!
Będziemy naprzód niesłychanie!
Ku polanie!

Źródło: internety ;)

wtorek, 11 czerwca 2013

stuck in a moment

Stanisław Grochowiak
***

Bóg błogosławi małomównym
Ale święci są tylko cisi
Zbawieni - co nie poruszają wargami

Skała - ona nie strzępi języka
Woda - która połknęła trupa
Ryba
O źrenicach zatrzaśniętych jak przyłbice

Wielka przeto nasza wina
Rozdokazywanej epoki
Ale niczego nie dokazującej

Ani wskazówki zegara na słomianym ogniu
Ani źdźbła słomy w oku rozpustnicy
Ani rulonu
W dłoni Tyberiusza

Wielka jest przeto moja wina
W hałasie weselników
Roznoszących ni to placki ni to porcje mamałygi
Ni słońca barokowych monstrancji
Żeby je pożerać choćby wzrokiem

U Bruegla tam siedzę
I cmoktając - od kapelusza niewidomy -
Ssam paluch pochwały i gadulstwa

Dzieckiem tam jestem
Ledwo głos odąłem

                               /”Haiku-images”, 1978/

nie wiem dlaczego, ale wciąż potrzebuję, by ktoś we mnie wierzył
moja własna wiara za mała jest...


sobota, 8 czerwca 2013

hormonozależna

Jest taki uroczy film Michela Gondry, w którym jawa miesza się ze snem. Jego bohater, Stephane, od dziecka ucieka w świat snu, zwłaszcza gdy rzeczywistość staje się dla niego zbyt kłopotliwa. We śnie potrafi rozwiązać każdy problem i wyjść cało z każdej absurdalnej sytuacji, we śnie spełniają się jego marzenia i wszystko się udaje. W rzeczywistości jest zupełnie inaczej. Stephane to nieudacznik, nieśmiały chłopak, który przyjeżdża do Paryża z Meksyku i podejmuje pracę w wydawnictwie. Poznaje też Stephanie, swoją sąsiadkę, w której się zakochuje. Chłopak chce uczynić ukochaną częścią swoich fantazji, chce śnić z nią razem szczęśliwy sen o miłości, oderwany od rzeczywistości. W tym śnie i tylko wtedy potrafią być razem szczęśliwi - w realnym życiu ich relacja jest krucha, skazana na trudności w porozumieniu się, ich dialog się często zapętla, zrywa, a oni sami to zbliżają się, to oddalają od siebie.

I ja mam czasem wrażenie, że... śnię na jawie. Śnią mi się najróżniejsze i najdziwniejsze sny, wystarczy, że przyłożę głowę do powierzchni łóżka. Senność to moje drugie imię od kilku miesięcy, są czynniki, które ją wywołują albo nasilają, jak dziecięcy głos czytający mi książkę... szum deszczu za oknem... Czasem ze snu wyrywa mnie dźwięk telefonu i zanim wrócę z innego świata, gadam głupoty do słuchawki. Kiedyś przeszkadzały mi dźwięki, niewygodna pozycja ciała, światło, dziś wszystko nieważne, mogę spać zawsze i wszędzie. I teraz też... śpię.


środa, 29 maja 2013

odmienne stany świadomości cz. 2

Puk, puk, poskarżyć się chciałam, ale właściwie... nie mam prawa. Bo cóż oni winni, ci Inni, że patrzą przez siebie, że wciąż czegoś chcą, że przepisy są bezduszne, że urzędnicy pracują od-do, że terminy naglą, że mają gdzieś twoje problemy, bo wystarczą im swoje? Nie muszą rozumieć. A już na pewno nie muszą pomagać, iść na rękę, ułatwiać, to nie do nich należy.
Często mam wrażenie, że nie pasuję do tego świata... Nie potrafię się dostosować, ba, przecież nie chcę! Im szybciej się kręci ten kołowrotek, tym bardziej mam ochotę z niego wyskoczyć. A teraz coraz bardziej mam ochotę być bez danych osobowych, bez korzeni, bez przynależności, bez obowiązków i smyczy, bez żadnego "muszę". Nie musieć nikogo o nic prosić. Móc zostawiać niewypełnione rubryki w kwestionariuszach, nie odbierać listów, nie płacić podatków, nie zdążać na czas, mieć gdzieś tytuły, kariery i osiągnięcia, nie wstydzić się braku pracy, pieniędzy, własnej nieporadności, bezsilności, lęku i łez, tego, że czasem przychodzi moment, kiedy życie zwalnia i świadomość się zmienia. Z wewnętrznej potrzeby.
Ale nie potrafię żyć bez ludzi.


Charles Bukowski
kołysz się ze mną

kołysz się ze mną, wszystko smutne -
wariaci w kamiennych domach
bez drzwi,
trędowaci ociekający miłością i pieśnią
żaby usiłujące policzyć
gwiazdy;
kołysz się ze mną, smutne życie -
palce rozpłaszczone na kowadle
starość jak skorupki po śniadaniu
zużyte książki, zużyci ludzie
zużyte kwiaty, zużyta miłość
potrzebuję cię:
to uciekło
jak pies albo koń
umarłe albo zgubione
bezlitosne.

niedziela, 12 maja 2013

spuchnięte powieki


Stanisław Bereś
Do Michała Bułhakowa – list Małgorzaty
Zauważ, że na to miasto z cerkiewnych pierników mogła nawet nie spaść jedna kropla światła. Przezroczysta papacha lodu mogła na zawsze uwięzić ludzi wraz z kretami przy ziemi. Kolorowe ptaki fantazji mogły spadać ostrym pionem w zmarzlinę. I mógł tu nie przybyć szatan z żużlem zamiast oka wraz ze swoją świtą z nory piekieł wyjętą: Fagotem z laską sztukmistrza, Asasellem – mordercą, ani też kotem – piromanem, gwiżdżącym na własnym ogonie.
Przecież mój płód zabito, w głębi łona zwinięty. Czar zdjęto jak koszulę, obcięto kołtun z włosami, miotłę złamano kolanem, a noc rozświetlono lampami. Wszak zdejmowano iluzje z powietrza, marzenia palono na placach, wiedźmy pławiono pod wodą, topiono zamki na lodzie, a Urizena dobito osinowym kołkiem sylogizmu Kanta.
A jednak jeszcze biegnę, odbijając się stopą od tafli tlenowej. Piję wiatr wprost z dłoni przyłożonych do ust jak dzbanek. Sypiam na zorzy polarnej. „Fausta” czytam w przekładach. Podglądam poetów ze spuchniętą powieką, piszących coś szybko na skrawkach gazet. Coraz łatwiej mi wierzyć, że jeszcze tu będę i znów pofrunę z chichotem nad miastem, strzepując kanciaste gwiazdy z twych włosów i wylewając na dachy strugi lunarnej poświaty.
Jakież to cudowne wiedzieć, że istniejesz niczym klinga na oczach posępnego imperium. Jakież to piękne, że mówisz do mnie językiem, który rozumiem. I jakież to proste, że mogę strzec twojego neurastenicznego snu z policzkiem przytulonym do piersi. By nie stężała krew w szklanych tunelach arterii. By nie rozsadziła ciepłego serca jak bryła lodu butelkę.
/”Już tylko sen” 1990/

środa, 8 maja 2013

z niewysłanych piosenek

Właśnie znalazłam Yunę na YouTube, błądząc od Anne Brun, przez Soley, Mogwai i Sinead O'Connor... jakoś tak. I oto Yuna, najpierw z "Mermaid" i innymi piosenkami, a teraz "Come as you are", cover Nirvany, jednej z moich absolutnie ulubionych...  I koniec, przyczepiło się, będzie tak grać mi przez kilka dni zapewne. W sam raz na mój nastrój ostatnio.


piątek, 26 kwietnia 2013

ЛОМО Компакт Автомат

Czekałam na wywołanie tego filmu i cieszyłam się, że na klatkach coś w ogóle widać... :) Ale po zeskanowaniu negatywu mój entuzjazm opadł, no cóż, ponoć z Vilią tak jest, że robienie nią zdjęć frustruje, głównie przez "gruby" pomiar odległości. Tym niemniej zdjęcia mają swój "łomo-klimat" i w ogóle są jak z lat 70-tych, a były robione... od września do grudnia zeszłego roku. Tylko że teraz nie wiem, czy pakować w nią jeszcze jeden film?... Chyba spróbuję jeszcze raz.