Kiedy Jerzy
Sawka żegnał się z czytelnikami wrocławskiego dodatku Gazety Wyborczej, napisał
pełen goryczy artykuł, w którym rozprawił się z rzekomą „wrocławskością” w
negatywnym znaczeniu. Otóż wrocławskość według byłego redaktora naczelnego
lokalnego dodatku Wyborczej jest szczególną odmianą patriotyzmu lokalnego, a
ściślej – lokalną megalomanią, pewnego rodzaju przekonaniem, że „my tu we
Wrocławiu to jesteśmy: (do wyboru) tolerancyjni, otwarci, postępowi, bardziej europejscy
niż mieszkańcy innych miast w Polsce, wykształceni, zamożni, kulturalni i
bardzo gościnni, ale nie możesz stać się jednym z nas, jeśli się tu nie
urodziłeś lub ewentualnie nie mieszkasz tu od co najmniej 30 lat”. I jeszcze, jak
zdaje się komunikować typowy wrocławianin według Jerzego Sawki, „ach, jak nam
miło, że nas chwalisz, bo u nas jest co chwalić i jesteśmy wspaniali, ale jeśli
tylko zaczniesz nas krytykować, to odwrócimy się do ciebie plecami”. Celem
artykułu Sawki było uargumentowanie skierowanej wobec niego niechęci, z jaką
się spotkał zarówno w swojej redakcji, jak i wśród spotykanych na co dzień
wrocławian. Myślę, że ma on w jakiejś części rację – jesteśmy megalomanami. Nie
wiem, czy bardziej niż warszawiacy, poznaniacy, krakowianie, łodzianie, itd.,
może i tak. Ale nie miał pan redaktor racji, że owa megalomania była przyczyną
niechęci wobec niego samego, a przynajmniej nie główną.
Megalomania
jest w ogóle jakąś typowo polską cechą, która pozwala nam na zapiekanie się we
współczesnych hybrydach sarmatyzmu, mesjanizmu i nacjonalizmu (zmieszanych i wstrząśniętych) we wszystkich
jego przejawach i odmianach, od tych najbardziej ordynarnych, jak działalność
NOP i wszelkich pochodnych ONR, po wypowiedzi „zwyczajnych” hejterów, np. pod
tekstem dotyczącym sprzeciwu wobec wysiedleniom Romów (oto próbka: Inna
rzeczą jest, że ludność, która z przeproszeniem sra w krzakach, kiedy dziesięć
metrów dalej stoi darmowy szalet publiczny, niczyjej sympatii budzić nie może.
Jeżeli to jest rasizm, to sami sobie winni). Jak z tą megalomanią mocno podszytą ksenofobią walczyć? Nie mam
pojęcia, przecież potomkowie husarii będą zawsze obstawać przy swoim, powołując
się co najmniej na: historię (zawłaszczoną), tradycję (źle rozumianą), dobro
społeczeństwa (bardzo dyskusyjne). A i inni stróże porządku potwierdzą, że „Żaden z nich nigdy nic złego mi nie zrobił i
nie doświadczyłem z ich strony niczego niemiłego”, jak w komentarzach pod artykułem Mirki Makuchowskiej z KPH
i Joanny Synowiec z Nomady.
Ale
przecież my tu, w Polsce, we Wrocławiu, nie mamy problemów z rasizmem, jak
zdaje się mówić głos z Sukiennic, a nawet jeśli mamy, to nic nie możemy z nim
zrobić, lepiej niech się tym zajmie „Gazeta Wyborcza” i go zlikwiduje. A póki
co nie wydamy zgody na wystawę „Wrocławska Równość”, bo kontrastowa czerwień i biel ostrych trójkątów na czarnym tle jest zbyt
agresywna dla przestrzeni miejskiej (sic!). Niestety, dopóki takie wybryki
jak wybicie okna w synagodze czy okrzyki rzucane w kierunku dziennikarek tejże
znienawidzonej gazety w stylu „wy żydowskie lesby” będziemy nazywać tylko i
wyłącznie chuligaństwem, dalej będzie na nie przyzwolenie. Bo przecież na każdym
wiejskim (i nie tylko) weselu zdarzają się „agresywne” wybryki. Smutne.
Artykuły, do których odnosi się ten felieton (linki w tekście):
1. Jerzy Sawka, Jak kochać Wrocław, żeby nie odbiło
2. Jan Józef Lipski, Dwie ojczyzny, dwa patriotyzmy
3. [krzem], Apel AEDH. To hańba Europy. Przeciw wysiedleniom Romów!
4. Joanna Synowiec, Mirosława Makuchowska, NOP-owcy zagrażają wszystkim żyjącym we Wrocławiu
5. [red], Dutkiewicz: potrzebna akcja w celu delegalizacji NOP
6. Bartosz Machalica, Wrocław: Wystawa w ramach Festiwalu Równości zakazana
7. [mgo], Po marszach ktoś wybił okno we wrocławskiej synagodze