Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty

sobota, 1 listopada 2014

Imagine

Recenzja T. Sobolewskiego z filmu "Zimowy sen" urzekła mnie. Tak bardzo chcę obejrzeć ten film...

<< (…) Szybko mija zimowa noc rozrachunków, mimo że przez trzy godziny bohaterom filmu niemal nie zamykają się usta. Ale czy nie jest tak, że ogromną część życia spędzamy na wzajemnym analizowaniu swoich charakterów - tego, jacy jesteśmy?
Poligonem dla takiej analizy staje się w "Zimowym śnie" rodzina i małżeństwo. Paradoksalnie, gdy bliscy ludzie wypominają sobie: jesteś dla mnie gorzej niż obcy(a), zmarnowałem(am) przy tobie życie - to jakby wyrażali też bliskość albo dążenie do bliskości, za którym często kryje się chęć dominacji.
Mistrzem analizy raniącej bliskości był Bergman. To on tutaj patronuje Ceylanowi, mimo wielu aluzji literackich. W napisach końcowych pojawiają się, jako źródła zapożyczeń, nazwiska Czechowa, Dostojewskiego, Szekspira. Ale pierwszym odniesieniem jest twórca "Scen z życia małżeńskiego".
Już sam tytuł filmu Ceylana odnosi się do jego innego, "zimowego" arcydzieła - filmu o pastorze, który zwątpił w wiarę i miłość, ale wciąż odprawia nabożeństwa, aż dochodzi do pełnego rezygnacji przyjęcia własnych ograniczeń. Ten film nosił u nas tytuł "Goście Wieczerzy Pańskiej", ale na świecie jest znany jako "Winter Light" - "Zimowe światło".
(…) Dla Bergmanowskiego pastora z "Zimowego światła" wiara okazuje się fałszem. Ale niewiara także. Tak też jest w przypadku bohatera "Zimowego snu". Gdzie jest prawda? Czy można wyjść poza siebie? Zobaczyć swoją małość i znieść ten widok? Czy głoszona przez religie miłość, współczucie, pokora są osiągalne, czy mają realną wartość, czy też w nieunikniony sposób łączą się z ludzką próżnością, dążeniem do przewagi? Który reżyser potrafi jeszcze ożywiać w kinie podobne pytania?
(…) Film wciąga widza w międzyludzką grę. Zapanowuje nad nami, tak jak gaduła i rezoner Aydin - w genialnej kreacji Haluka Bilginera - usiłuje zapanować nad młodą żoną, siostrą, która go nieustannie krytykuje, sąsiadem, którego skrzywdził.
Rzadko w kinie pojawia się taka figura jak Aydin. Drażni od pierwszego pojawienia się. Słuchając jego monologów, miałoby się ochotę powiedzieć: przestań się wymądrzać, nie oszukuj się, zrób jakiś ludzki gest. Jednak jest coś fascynującego w postaci tego przemądrzałego grafomana siedzącego po nocach nad felietonami na wzniosłe tematy, które pisze dla lokalnej gazety "Głos Stepu", roztaczającego wokół siebie aurę "człowieka wybitnego".
Wszyscy ludzie, z taką swadą analizujący swoje uczucia, tak wnikliwie i raniąco mówiący prawdę o sobie, odbijający ciosy i korzący się przed sobą, tworzą polifonię głosów wewnętrznych samego reżysera. Czy to nie on, jak kiedyś Bergman, spowiada się przed nami z własnych słabości? Gesty wspaniałomyślności i miłosierdzia kryją pychę. Przekonanie o własnej moralnej słuszności prowadzi do poniżenia innych. Religijna pokora trąci fałszem. Żadna prawda nie jest ostateczna. "Nie jesteś Bogiem" - mówi do Aydina siostra.
Tok akcji, rozgrywającej się podczas zimowych wieczorów, przy ogniu w kominku, w białym świetle laptopa, na którym Aydin pisze eseje o duchowości, punktują wydarzenia-skandale. One kondensują w sobie dramat i nadają mu napięcie. Początkiem lawiny wydarzeń będzie rozbicie kamieniem szyby samochodu Aydina. Rzucił go mały chłopiec z sąsiedztwa, z biednej rodziny mieszkającej w domu należącym do Aydina i nękanej przez komornika.
Chłopiec nie chce przeprosić. Ten wypadek zmusi Aydina do refleksji, która dojrzewa przez cały film, uruchamia proces wewnętrznej przemiany. Pozornie niekształtna, rozlewająca się na boki opowieść zostaje spięta kluczowym pytaniem, które pada w rozmowie Aydina z siostrą: co to znaczy "nie sprzeciwiaj się złu"? Zastanawiają się, czy to znaczy: nie odpowiadaj na zło złem? Idea, tak mocno kojarzona z chrześcijaństwem, jest więc żywa także w islamie?
Ceylan dotyka trudnej do nazwania granicy obcości, która przebiega przez nasz świat, przez Turcję, Polskę, nasze rodziny, nas samych. I rzadko zdarza się film, który miałby w sobie tyle pokory wobec rzeczywistości, zawsze innej, niż nam się zdaje. Każdy z uczestników tej nocnej przeprawy mógłby powiedzieć o sobie nad ranem: nie jesteś Bogiem. >>/Tadeusz Sobolewski, Wyobraź to sobie: nie jesteś Bogiem
podkreślenia moje

sobota, 8 czerwca 2013

hormonozależna

Jest taki uroczy film Michela Gondry, w którym jawa miesza się ze snem. Jego bohater, Stephane, od dziecka ucieka w świat snu, zwłaszcza gdy rzeczywistość staje się dla niego zbyt kłopotliwa. We śnie potrafi rozwiązać każdy problem i wyjść cało z każdej absurdalnej sytuacji, we śnie spełniają się jego marzenia i wszystko się udaje. W rzeczywistości jest zupełnie inaczej. Stephane to nieudacznik, nieśmiały chłopak, który przyjeżdża do Paryża z Meksyku i podejmuje pracę w wydawnictwie. Poznaje też Stephanie, swoją sąsiadkę, w której się zakochuje. Chłopak chce uczynić ukochaną częścią swoich fantazji, chce śnić z nią razem szczęśliwy sen o miłości, oderwany od rzeczywistości. W tym śnie i tylko wtedy potrafią być razem szczęśliwi - w realnym życiu ich relacja jest krucha, skazana na trudności w porozumieniu się, ich dialog się często zapętla, zrywa, a oni sami to zbliżają się, to oddalają od siebie.

I ja mam czasem wrażenie, że... śnię na jawie. Śnią mi się najróżniejsze i najdziwniejsze sny, wystarczy, że przyłożę głowę do powierzchni łóżka. Senność to moje drugie imię od kilku miesięcy, są czynniki, które ją wywołują albo nasilają, jak dziecięcy głos czytający mi książkę... szum deszczu za oknem... Czasem ze snu wyrywa mnie dźwięk telefonu i zanim wrócę z innego świata, gadam głupoty do słuchawki. Kiedyś przeszkadzały mi dźwięki, niewygodna pozycja ciała, światło, dziś wszystko nieważne, mogę spać zawsze i wszędzie. I teraz też... śpię.


środa, 24 kwietnia 2013

za zakrętem rzeczywistości

Sixsmith, I climb the steps of the Scott monument every morning. And all becomes clear. Wish I could make you see this brigthness. Don't worry - all is well. All is so perfectly, damnably well. I understand now. The boundaries between noise and sound are conventions. All boundaries are conventions, waiting to be transcended. One may transcend any convention, if only one can first conceive of doing so. Moments like this, I can feel your heart beating as clearly as I feel my own. And I know that separation is an illusion.
/from "Cloud Atlas", "Forbisher's Dream"/

sobota, 23 marca 2013

polonistka poszła na film ;)

Poszła i zapłakała. Ale to nieważne, że akurat na tym filmie, bo płacze prawie na każdym, który ogląda w kinie, nawet na tych dla dzieci (a może zwłaszcza na tych). Ładny ten "Baczyński". Jak laurka. Światłem i kadrem malowany. Gorzki w smaku, smakować nie trzeba. Można za to oglądać, słuchać i uwierzyć, że poeta, którego się zna ze szkoły, ze studiów, z książek - był właśnie taki. Wzrusza, bo... jak się nie wzruszyć, kiedy ostatnia żyjąca sanitariuszka z batalionu "Parasol" opowiada o tym, jak to było dokładnie, jak zginął, jak im z noszy wypadł, jak... Denerwuje trochę jednak, że z mitami ten film nie chce za bardzo dyskutować, chociaż wiem, że to przez szacunek dla tych, którzy przecież nie z własnej winy musieli stawiać czoło wojennej rzeczywistości, podejmować decyzje, czasem błędne, czasem desperackie, irracjonalne.
I nawet ta piosenka po filmie zaczęła mi się podobać...


Pieśń o szczęściu
Dziś rano cały świat kupiłem,
gwiazdy i słońce, morze, las,
i serca, lądy i rzek żyły,
Ciebie i siebie, przestrzeń, czas.
Dziś rano cały świat kupiłem,
za jedno serce cały świat,
nad gwiazdy szczęściem się wybiłem,
nad czas i morskie głębie lat...
Gorące morza sercem płyną -
- pozłocie nieprzebytych sław,
gdzieś rzeki nocy mnie wyminą
w głębokich morzach złotych traw.
Chcę czerwień zerwać z kwiatów polnych,
czerwienią nocy spalić krzew,
jak piersi nieba chcę być wolny,
w chmury się wbić w koronach drzew.

niedziela, 20 stycznia 2013

chochlik

Stop, stop, stop! Za poważnie i za smutno, a w zanadrzu saaaaame smuty prawie, takie że tylko zamarznąć na śmierć. A przecież chochlik we mnie siedzi też i śmieje się, śmieje, jak Poppy w "Happy Go Lucky", jednym z moich ulubionych filmów na chandrę, chociaż... z dość smutnym wątkiem bardzo specyficznego instruktora nauki jazdy. Poppy jest w życiu szczęśliwa, ale trochę bezrefleksyjna i dlatego musi się skonfrontować ze swoją odwrotnością - człowiekiem, którym rządzi gniew, frustracja i uprzedzenia. Spotyka też na swojej drodze wiele ludzi, którzy ewidentnie szczęśliwi nie są w swoich rolach i historiach, i dziwi się im, jak mogą tak żyć. A do tego jest świetną, postrzeloną nauczycielką :)
Czasami fajnie być jak Poppy, chociaż i tak najlepiej być po prostu sobą.


czwartek, 10 stycznia 2013

dwie?

Są dwa filmy Kieślowskiego, w których - wyjątkowo - celebruje kobiecość. Robi to z entuzjazmem i zachwytem, a nie, jak w szóstej części „Dekalogu”, z lękiem. Pierwszy z tych filmów to „Podwójne życie Weroniki”, drugi to „Niebieski”. Co prawda dziś mija 20 lat od premiery "Niebieskiego", ale najpierw napiszę o Weronice :)
„Podwójne życie Weroniki” opowiada dziwną historię dwóch równolegle żyjących dziewczyn. Obie przychodzą na świat tego samego dnia, jedna w Polsce, druga we Francji. Obie noszą to samo imię. Nie wiedzą nic o swoim istnieniu, a jednak ich życia są w jakiś niewytłumaczalny sposób połączone. Dość szybko okazuje się, że historia polskiej Weroniki ma być przestrogą dla drugiej – to, czego nauczy się dziewczyna w kraju nad Wisłą, jej francuska „siostra” już podświadomie wie. „Zawsze wiedziałam, co mam robić” – mówi Véronique swojemu ukochanemu i tylko pozornie dowodzi tym stwierdzeniem swojej siły charakteru i zdecydowania. Véronique żyje z wewnętrznym przekonaniem właściwych wyborów tylko dlatego, że uczy się na błędach Weroniki… W opowieści Alexandra, aktora kukiełkowego i autora książek dla dzieci, w którym dziewczyna się zakochuje, ilustruje to najlepiej historia z piecem: kiedy dwuletnia Weronika oparzyła się, dotykając gorącego paleniska, kilka dni później w podobnej sytuacji Véronique cofa dłoń, jakby miała już zakodowane, że dotknięcie grozi poparzeniem. Przez całe życie mają wrażenie, że nie są na świecie same… Również w pierwszej opowiedzianej przez Alexandre'a historii Véronique widzi swoją historię: baletnica żyjąca w pudełku potyka się i umiera, jednak po chwili wydostaje się spod śmiertelnego całunu jako motyl – odradza się albo dostaje drugą szansę.


To z kolei ilustracja wydarzeń z życia dorosłych już Weronik. Polka jest młodą utalentowaną śpiewaczką. W pewnym momencie opuszcza rodzinne miasteczko, by odwiedzić chorą ciotkę w Krakowie, spędza tam trochę czasu. Odwiedza tu swoją koleżankę podczas prób chóru męskiego, gdzie daje poznać swój piękny głos. Cieszy ją zachwyt muzyków i decyduje się rozpocząć karierę, występując na scenie. Niestety, dla kariery poświęca miłość, zapomina o swoim chłopcu, odrzuca go, tak jak odrzuca swoje ciało i jego dolegliwości, ignorując problemy z sercem. Podczas koncertu Weronika dostaje zawału i umiera na scenie.
Véronique w tym samym momencie odczuwa smutek, płacze, chociaż nie zna powodu swoich emocji, czuje, że kogoś straciła. Następnego dnia rezygnuje z lekcji muzyki czy śpiewu, wystarcza jej praca w szkole. Jest pewna siebie, wie, co ma robić. Nic dziwnego, skoro nauczyła ją tego Weronika. Kieślowskiego najwyraźniej interesuje etyczny wybór między spokojnym życiem a realizacją siebie, karierą, blichtrem, przy czym, jako prawdziwy stoik, pochwala to pierwsze.
Gdzie jest przypadek w tym filmie, a gdzie z góry zaplanowany los, jakby ludzie byli tylko marionetkami w rękach Boga-Demiurga? Dlaczego jedna Weronika służy tylko za przestrogę i, wybierając karierę, egoizm, traci życie, a druga, znajdując swój aurea mediocritas, wygrywa życie i miłość? Czy Véronique ma poczucie, że jej życiem ktoś kieruje? W pewnym momencie przecież czuje się zmanipulowana, kiedy odpowiada na tajemniczy telefon i listy, odnajdując czekającego na nią Alexandra w kawiarni na dworcu Saint-Lazare. Myśli, że przywiodła ją tam miłość, a on tłumaczy jej, iż była tylko częścią eksperymentu – chciał się przekonać, czy to możliwe, by kobieta odpowiedziała na wezwanie nieznajomego mężczyzny, by potem napisać o tym książkę. Véronique na chwilę traci swoją pewność siebie i ucieka, lecz później, gdy jednak Alexandre przyznaje, że jest „tą jedyną”, znów mówi z przekonaniem: „wiedziałam, że to nie książka tobą powodowała, lecz miłość”. Jej pewność siebie znika znów pod koniec opowieści, kiedy ma świadomość bycia tą „ocaloną”.


Alternatywność światów w „Podwójnym życiu Weroniki” jest jednak pozorna. Przecież, jeśli odrzucimy romantyczną koncepcję mistycznej więzi między bohaterkami, oglądamy dwie zupełnie różne historie dwóch nieco podobnych dziewczyn, które nigdy się o sobie nie dowiedziały, choć przyszło im się minąć na Rynku w Krakowie. Film Kieślowskiego uwiedzie nas tylko wtedy, kiedy uwierzymy jego magii, zatracimy się w wystudiowanych obrazach i dźwiękach, wzruszymy romantyczną historią miłosną, która rozgrywa się niemal jak gra między czarodziejem-Alexandre i detektywem-Véronique. Przyznam, że łatwo mi uwierzyć Kieślowskiemu, ale sama nie wiem, czy bardziej przeraża świat, w którym jest tylko jeden wybór i jego konsekwencje, czy taki, w którym dokonano już wszystkich wyborów, pozwalając na zaistnienie alternatywnym historiom (a zatem nie ma wolności decyzji, bo wszystkie zostały powzięte). Chyba jednak wolę ten pierwszy.

Véronique - szczęściara budzi się pod koniec filmu, a właściwie rodzi się po raz drugi. Jej pierwszym pytaniem mogłoby być „dlaczego właśnie ja?”.

wtorek, 18 grudnia 2012

Ess muss sein

Idea wiecznego powrotu ma w sobie coś tajemniczego. Nietzsche wprowadził nią w zakłopotanie większość filozofów: pomyśleć, że wszystko, cośmy raz przeżyli, miałoby się kiedyś powtórzyć i to powtórzenie powtarzałoby się w nieskończoność! Cóż oznacza ten obłąkańczy mit?
Mit wiecznego powrotu mówi per negationem, że życie, które znika raz na zawsze i już nigdy nie wróci, podobne jest do cienia, nie ma żadnego ciężaru, jest martwe już w momencie narodzenia i jeśli nawet było piękne, straszne, wzniosłe, to jego piękno, rozpacz i wzniosłość nie mają żadnego znaczenia. (...)
Przyłapałem się niedawno na niewiarygodnym uczuciu; przeglądałem książkę o Hitlerze i przy niektórych zdjęciach poczułem wzruszenie: przypomniały mi się czasy dzieciństwa. Przypadło ono na czas wojny, niektórzy moi krewni zginęli w hitlerowskich obozach koncentracyjnych; ale cóż oznacza ich śmierć wobec faktu, że zdjęcia Hitlera przypominały mi utracony czas mego życia, czas, który już nie powróci?
To pogodzenie z Hitlerem zdradza głębię moralnej perwersji, która łączy się ze światem opartym z zasady na bezpowrotności - wszystko jest w nim z góry wybaczone, a więc i wszystko cynicznie dozwolone.

Jeżeli każda sekunda naszego życia miałaby się powtarzać w nieskończoność, bylibyśmy przykuci do wieczności jak Chrystus do krzyża. Takie wyobrażenie jest straszne. W świecie wiecznego powrotu na każdym geście kładzie się ciężar nieznośnej odpowiedzialności. Dlatego też Nietzsche nazwał ideę wiecznego powrotu najcięższym brzemieniem (das schwerste Gewicht).
Jeśli wieczny powrót jest najcięższym brzemieniem, nasze życie na jego tle błyszczy wspaniałą lekkością. Czy jednak ciężar jest naprawdę straszny, a lekkość wspaniała? Najcięższe brzemię nas powala, przyciska do ziemi, upadamy pod nim. Ale w poezji miłosnej wszystkich wieków kobieta pragnie być obciążona brzemieniem męskiego ciała. Najcięższe brzemię jest jednocześnie obrazem najintensywniejszej pełni życia. Im cięższe brzemię, tym nasze życie bliższe jest ziemi, tym jest realniejsze i prawdziwsze.
W przeciwieństwie do tego całkowity brak brzemienia sprawia, że człowiek staje się lżejszy od powietrza, wzlatuje w górę, oddala się od ziemi, od ziemskiego bytowania, staje się na wpół rzeczywisty, a jego ruchy są tyleż swobodne, co pozbawione znaczenia.
Cóż więc mamy wybrać? Ciężar czy lekkość?
/Milan Kundera, "Nieznośna lekkość bytu", tłumacz. Agnieszka Holland/


Kundera za Parmenidesem widzi świat podzielony na antynomie, np. ciepło-zimno, światło-ciemność, byt-niebyt, delikatność-szorstkość. Dopisuje tu również i tę: lekkość-ciężar. Parmenides w tych pierwszych kategoriach widział dobro, jawiły mu się jako jednoznacznie pozytywne. Kundera polemizuje z greckim filozofem. Mówi: antynomia 'ciężar-lekkość' jest najbardziej tajemnicza i najbardziej wieloznaczna ze wszystkich antynomii. Ilustracją tej wątpliwości jest powieść "Nieznośna lekkość bytu", historia Tomasza, który lubi powtarzać w myślach niemieckie przysłowie: "Einmal ist keinmal". Coś, co się stanie raz, jak gdyby nie stało się nigdy. Jeśli człowiek ma prawo tylko do jednego życia, to jakby nie żył w ogóle.

A jednak to, co Kundera uważa za lekkość - pojedyncze decyzje, ale też brak zdecydowania wynikający chociażby z braku porównania, wieczna pogoń za zaspokojeniem, ekstaza - okazuje się w efekcie "nieznośne", ciężkie i trudne (vide wybory Tomasza czy też jego kochanki Sabiny). Ciężar natomiast, chociażby w postaci zgody na konieczność i ograniczenie (np. konsekwencje publikacji artykułu albo upór i trwanie Teresy), tak naprawdę otwiera przestrzeń wolności. A może ciężar i lekkość nie są wcale przeciwstawne? By osiągnąć pełnię, muszą się uzupełniać, bowiem z samej lekkości nie da się zbudować Życia.

Lubię "Nieznośną lekkość bytu", bo i lektura tej książki jest "nieznośna", lekka i ciężka zarazem. Przyciąga i odpycha jednocześnie. I w tym przypadku wcale nie chodzi o antynomię.


Co do Tomasza - nie mam dla niego zbyt wiele sympatii - jest, jaki jest. Nie stara się zmienić, korzysta z życia, jest cyniczny, a nade wszystko nie lubi czuć na swoich barkach ciężaru. Rani, bo nie potrafi inaczej, jest egoistą. Są i dwie bohaterki - kochająca, naturalna, naiwna i czysta Teresa, anioł w kobiecej skórze, oraz wyrachowana, jątrząca, perwersyjna i irytująca Sabina, która jest obecna w życiu Tomasza jak jego cień.

sobota, 8 grudnia 2012

niebieski film

Był kiedyś świetny film "Manneken Pis". Nakręcił go niejaki Frank van Passel w 1995 r. w Belgii. To historia miłosna, która zaczyna się w tramwaju. Motorniczym jest dziewczyna i to ona pierwsza zakochuje się w chłopaku, który jest jej przypadkowym pasażerem. Jej jest łatwiej, nie boi się miłości, jest trochę niefrasobliwa, radosna, często żartuje. On ukrywa jakąś tajemnicę, a dotychczasowe doświadczenia każą mu trzymać dystans, nie potrafi się zaangażować w pełni, a przynajmniej nie od razu, musi przejść długą drogę, żeby zaufać i pozwolić sobie na uczucie. Ona wie, jest cierpliwa i czeka, próbuje go też "wyluzować", nauczyć radości życia, mimo złych doświadczeń i trudów.
Do dziś pamiętam jeden cytat z tego filmu, kiedy ona mówi do niego, opisując ich historię: "Kobieta jest jak tramwaj, możesz ją łatwo rozpędzić i łatwo zatrzymać. Mężczyzna jest jak pociąg, rozpędzasz go powoli, a jak ci się uda, to trudno go zatrzymać."
Nie pamiętam dobrze fabuły, bo widziałam ten film bardzo dawno, nie ma go w Polsce na DVD. Pamiętam, że był... niebieski... jak "Trzy kolory. Niebieski" Kieślowskiego i jak "Wielki błękit" Bessona, moje dwa inne ulubione filmy. Pamiętam, że miał niesamowity nastrój. Dostał chyba jakieś nagrody filmowe i krytycy pokładali nadzieję w reżyserze, że nakręci jeszcze niejeden taki dobry film, a on przez następne lata nie nakręcił nic.
I miałam gdzieś plakat z tego filmu. Na tle w kolorze indygo - błyszczące brokatem złote trzewiki. Piękny. Szkoda, że nikt już o tym filmie nie pamięta.



poniedziałek, 12 listopada 2012

des taxis pour les galaxies

„Cafe de flore” to film, który ma duży potencjał, ale za bardzo ociera się o kicz, żeby być po prostu dobry. Wiodącą historią jest obraz rozstania Carole i Antoine, pary będącej ze sobą od czasu dorastania. Przekonani do o pokrewieństwie swoich dusz i o tym, że są dla siebie wybrani i wyjątkowi, że ich miłość jest jedyna i absolutna, cierpią z powodu rozstania, które spadło na nich po 25 latach wspólnego życia jako idealna rodzina. Oboje wierzą w mit miłości absolutnej, więc w momencie, kiedy ich związek rozpada się, zadają sobie pytanie, jak to możliwe, żeby to idealne uczucie skończyło się i mogło być zastąpione innym, wcale nie gorszym, również idealnym, jedynym. Pytanie to zadaje sobie przede wszystkim Carole, która nagle zostaje sama. Próbuje sobie wyjaśnić to, co ją spotkało, na wiele sposobów, jednak nie znajduje odpowiedzi. Pytanie to męczy również Antoine'a, który żyje z poczuciem winy i długo nie potrafi zapewnić poczucia bezpieczeństwa swojej nowej wybrance. Aby tak się stało, Carole wszak musi mu wybaczyć, pogodzić się z tym, co się stało, pozwolić ukochanemu odejść, a ona jest wciąż w żałobie po związku i na skraju rozpaczy, bliska odebrania sobie życia.
Okazuje się jednak, że jedyne wyjaśnienie, które jest w stanie zaakceptować, jest dość kuriozalne, wręcz kiczowate i to najsłabszy moment filmu. A ponieważ jest to jednak ogniwo spajające dwie równolegle opowiadane historie: Carole i Antoine'a oraz Jacqueline, samotnej matki wychowującej syna z zespołem Downa (w tej roli świetna Vanessa Paradis), w efekcie ciągnie cały film w dół. Podobnie jak sielankowa końcówka, dość mało prawdopodobna, mocno przesłodzona. Szkoda, bo estetycznie jest to prawdziwa perełka, dawno nie widziałam w kinie tak dopracowanych zdjęć, pięknych kadrów, celnych obserwacji, zachwytu nad szczegółem, piękna brzydoty, nie słyszałam tak bliskiej mi muzyki (a na końcu… „Le vent nous portera”…, czyli „Uniesie nas wiatr” - ale jako cover).
Jest to więc film dobry i niedobry zarazem. Bardzo dobrze zagrany, bardzo dobrze nakręcony, ale wpadający w banał i pretensjonalny. Okazuje się, że trudno jest we współczesnym kinie mówić o absolutnej miłości językiem, który by nie był kiczowaty. Może dlatego, że, zamknięci w ramach racjonalizmu i życiowych doświadczeń, nie możemy w taką miłość uwierzyć. Chociaż...


niedziela, 4 listopada 2012

beats of freedom


"Beats of freedom" to bardzo dobry film, chociaż Skiba wyszedł tu na głównego inicjatora i zadymiarza Pomarańczowej Alternatywy, a jedni rozmówcy byli "bardziej" od innych. Tym niemniej - to ważny obraz. Podejrzewam, że należę do ostatniego pokolenia, które ten film jest w stanie naprawdę zrozumieć.



wtorek, 30 października 2012

Hanneke

Nadchodzą święta smutne i trudne. Próbuję wyciszyć myśli i znaleźć w nich jakąś radość, optymizm. Bo przecież... odchodzić z tego świata nie znaczy żegnać się z nim na zawsze. Jakaś część odchodzących zostaje tu, czasem fizycznie, w pamiątkach, przedmiotach, miejscach, a czasem po prostu w naszej pamięci. A może kiedyś... może kiedyś będziemy mogli spotkać ich znów.
Warto iść na "Miłość" Hannekego, film o umieraniu. To surowe, oszczędne w środkach wyrazu studium choroby odbierającej człowiekowi świat, bliskich, godność. Śmierć wcale nie jest piękna, mówi Hanneke, pokazując też poświęcenie, na które może się zdobyć tylko osoba, która kocha. I jeszcze pyta o jedną ważną kwestię, której nie zdradzę, bo mimo wszystko warto ten film kontemplować bez wcześniejszego nastawienia.
I jeszcze... Moja babcia zawsze uważała, że najpiękniejsze są białe chryzantemy, ale ja, z przekory, kupię jej kolorowe. I jeszcze założę tego dnia kolorowy szalik. Bo trzeba się cieszyć, że kiedyś udało się nam spotkać.
Nie umiem napisać więcej.


Bardzo dobry felieton Magdaleny Środy - tu.

wtorek, 9 października 2012

Łajka


Źródło


Zbigniew Herbert, Naprzód pies

Więc naprzód pójdzie dobry pies
a potem świnia albo osioł
wśród czarnych traw wydepczą ścieżkę
a po niej przemknie pierwszy człowiek
który żelazną ręką zdusi
na szklanym czole kroplę strachu

więc naprzód pies poczciwy kundel
który nas nigdy nie opuścił
latarnie ziemskie śniąc i kości
w swej wirującej budzie uśnie
zakipi - wyschnie ciepła krew

a my za psem za drugim psem
który prowadzi nas na smyczy
my z białą laską astronautów
niezgrabnie potrącamy gwiazdy
nic nie widzimy nie słyszymy
bijemy pięścią w ciemny eter
na wszystkich falach jest skomlenie

wszystko co można w podróż wziąć
poprzez ciemnego świata zgorzel
imię człowieka zapach jabłka
orzeszek dźwięku ćwierć koloru

to trzeba wziąć ażeby wrócić
odnaleźć drogę jak najprędzej
kiedy prowadzi ślepy pies
na ziemię szczeka jak na księżyc

poniedziałek, 1 października 2012

George Carlin

W dobie wątpliwej jakości polskich kabaretów, które prześcigają się w kopiowaniu żałosnego pierdzenia jedni od drugich, z żalem wspominam amerykańskiego komika George'a Carlina, który mówił dokładnie to, co myślał. Więc co to jest wojna? "Wojna jest to masowe machanie kutasami". O właśnie. Boys they wanna have fun... Nierzadko mam wrażenie, że tacy np. politycy też uprawiają machanie członkami, tylko raczej indywidualnie i mając tłumy za widzów. Ot, taki ekshibicjonizm.
Polskie napisy ustawia się na pasku odtwarzania - ale trzeba otworzyć film na stronie YouTube.


sobota, 29 września 2012

Marina

Pisać o Marinie Abramović, kiedy na ekrany wchodzi dokument o jej twórczości, a zwłaszcza o jednym z jej ostatnich performance'ów "Artystka obecna", jest jak wejście do strumienia, który właśnie przybiera i przyspiesza w swoim nurcie. Nie będę ukrywać, nie znałam wcześniej dokonań Mariny Abramović, ale jest w niej coś takiego, co sprawia, że mam wrażenie, iż znam ją od dawna. To nawet nie cecha charakteru ani nawet sposób, w jaki tworzy, ale chyba jakiś rodzaj wrażliwości, spojrzenia na świat i na relacje międzyludzkie.
Podziwiam jej odwagę w przekraczaniu granic między artystą a widzem, granic wytrzymałości psychicznej i fizycznej i głębię, której dotyka, mimo wszystko. Wcale niełatwo jest dotknąć tej głębi w sztuce. Wcale niełatwo jest stworzyć coś z niczego. Mając za matrycę siebie samego, własne ciało, oddając się w ręce drugiego artysty (jak w performance'ach z Ulayem) lub odbiorców. Film dokumentalny "Marina Abramović. Artystka obecna" połyka się jednym haustem, chłonie się jego prosty i jednocześnie głęboki przekaz. Można Abramović zarzucać, że ociera się o granice artystycznego wyrazu, że swoją intymność wystawia na widok publiczny, a jednak jest w jej sztuce dotykająca głębi treść. A jest nią miłość, nienawiść, miłość do świata, komunikacja, uprzedmiotowienie, ból, zaufanie, samotność i... po co wymieniać? Marina mówi o tym, o czym od wieków mówią artyści i nie tylko oni. Ale mówi w sposób czysty, piękny i prawdziwy. Bez oglądania się na innych, bez sprzedawania siebie. Warto iść do kina na film o Marinie, nawet jeśli się jej zupełnie nie znało wcześniej.
Poniżej kadr z jej eksperymentu Breathing In/Breathing Out, który przeprowadziła razem ze swoim ukochanym, artystą Ulayem, z którym żyła i tworzyła przez 12 lat. Z zewnątrz wygląda to jak pocałunek, jednak polegało to na tym, że artyści wdychali i wydychali to samo powietrze, nie odłączając od siebie ust. Robili to tak długo, aż jedno z nich nie straciło przytomności. Jaka jest wymowa tego performance'u, można przeczytać np. tu.


czwartek, 27 września 2012

lately

„Paryż, Teksas” Wima Wendersa (1984)
Bardzo dobry film. Jak na Wendersa – nieprzegadany i nieprzeestetyzowany. Po prostu dobra, jednowątkowa opowieść pełna ciepła i bólu. O miłości zniszczonej przez nieuzasadnioną, obsesyjną zazdrość, o pustce, którą nie zawsze da się zapełnić, o nagłym braku zrozumienia między ludźmi, którzy przez chwilę byli bardzo szczęśliwi, o nienawiści, która zastąpiła miłość. Wenders czuje Amerykę jak mało który europejski reżyser. I lubię te jego wstawki z drugim okiem kamery, filmu w filmie, uchwyconego spojrzenia wewnątrz obrazu.