Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ukraina. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ukraina. Pokaż wszystkie posty

piątek, 28 czerwca 2013

pamięć

Tomasz Różycki
Spalone mapy

Pojechałem na Ukrainę, to był czerwiec
i szedłem po kolana w trawach, zioła i pyłki
krążyły w powietrzu. Szukałem, lecz bliscy
schowali się pod ziemią, zamieszkali głębiej

niż pokolenia mrówek. Pytałem się wszędzie
o ślady po nich, ale rosły trawy, liście,
i pszczoły wirowały. Kładłem się więc blisko,
twarzą do ziemi i mówiłem to zaklęcie -

możecie wyjść, już jest po wszystkim. I ruszała
się ziemia, a w niej krety i dżdżownice, i drżała
ziemia i państwa mrówek roiły się, pszczoły
latały ponad wszystkim, mówiłem wychodźcie,

mówiłem tak do ziemi i czułem, jak rośnie
trawa ogromna, dzika wokół mojej głowy.


piątek, 21 czerwca 2013

trzysta

Niektóre rzeczy nie przestaną mnie zadziwiać w negatywnym sensie.
Jedną z nich jest właściwe moim rodakom zachowanie polegające na celebrowaniu własnego cierpienia. Czasami mam wrażenie, że nic tak nie podbudowuje naszego narodowego ego, jak uskarżanie się i lamentowanie nad nieszczęsnymi kartami w historii, kiedy to byliśmy niewoleni, mordowani i wynaradawiani. Dlaczego mnie to dziwi? Bo lamentowanie nic nie daje oprócz nieco lepszego samopoczucia. Czynię z siebie ofiarę, a więc domagam się współczucia, nie pozwalam na wytykanie moich wad (bo przecież ofiary są święte) i - wreszcie - rozgrzeszam sam siebie za ewentualne krzywdy, jakich doznali inni z mojej ręki. Bo przecież i tak jestem ofiarą. To celebrowanie cierpienia idzie więc tylko w jedną stronę - roszczeniową, a nigdy w dialog czy gotowość do wyznania swoich win.
Nie chodzi mi o to, że ofiarom nie należy się pamięć i szacunek, bo się bezsprzecznie należą. Chodzi mi o to, żeby rozpamiętywanie nieszczęść niosło też i w następstwie pokorę i wyciągnięcie ręki, żebyśmy nie zapiekali się w swojej nienawiści i nie pielęgnowali uczuć mściwych.
Dlatego nie rozumiem, dlaczego niektórzy posłowie upierają się przy tym, żeby w uchwale upamiętniającej ofiary rzezi wołyńskiej znalazło się określenie "ludobójstwo". Dlatego nie rozumiem, dlaczego 20 lipca w Radymnie odbędzie się rekonstrukcja historyczna... rzezi wołyńskiej. Dlatego nie rozumiem retoryki smoleńsko-katyńskiej. Dlatego nie rozumiem, dlaczego romantyczny mit Polski-Mesjasza Narodów jest wciąż tak atrakcyjny. Dlatego nie rozumiem odrzucania ciemnych kart historii i udawania, że Jedwabne czy Radziłów to tylko wymysły. Dlatego nie rozumiem, dlaczego stawianie Polaków w roli innej niż tylko ofiary nazywa się działaniem antypolskim. Nie rozumiem wybiórczego korzystania z historii. Nie ma prawd jedynie słusznych.

My, Ukraińcy, powinniśmy sobie rzeź uświadomić i z całego serca przeprosić. Bo ten, który przeprasza, nigdy się nie myli i jest na dobrej drodze. Nawet jeśli jemu też uczyniono krzywdę. Tylko że nasze dzisiejsze społeczeństwo jest w takim agresywnym nieludzkim stanie, że liczyć na natychmiastowe masowe przeprosiny jest trudno. Rekonstrukcja rzezi to tylko oddala, prowokuje kolejne urazy, ostre nawroty nienawiści. To nie ma nic wspólnego z bólem, z ofiarami rzezi. To lekceważenie.
/Jurij Andruchowycz, ukraiński pisarz/


poniedziałek, 5 listopada 2012

trzaski nocne

Mój ojciec powoli zanikał, wiądł w oczach.
Przykucnięty pod wielkimi poduszkami, dziko nastroszony kępami siwych włosów, rozmawiał ze sobą półgłosem, pogrążony w jakieś zawiłe wewnętrzne afery. Zdawać się mogło, że osobowość jego rozpadła się na wiele pokłóconych i rozbieżnych jaźni, gdyż kłócił się ze sobą głośno, pertraktował usilnie i namiętnie, przekonywał i prosił, to znowu zdawał się przewodniczyć zgromadzeniu wielu interesantów, których usiłował z całym nakładem żarliwości i swady pogodzić. Ale za każdym razem te hałaśliwe zebrania, pełne gorących temperamentów, rozpryskiwały się przy końcu wśród klątw, złorzeczeń i obelg. (...)
Zauważyliśmy wówczas wszyscy, że ojciec zaczął z dnia na dzień maleć jak orzech, który zasycha wewnątrz łupiny.
Zanikowi temu nie towarzyszył bynajmniej upadek sił. Przeciwnie, stan jego zdrowia, humor, ruchliwość zdawały się poprawiać.
Często śmiał się teraz głośno i szczebiotliwie, zanosił się wprost od śmiechu, albo też pukał w łóżko i odpowiadał sobie "proszę" w różnych tonacjach, wspinał się na szafę i przykucnięty pod sufitem porządkował coś w starych gratach, pełnych rdzy i kurzu.
/Bruno Schulz, "Sklepy cynamonowe" - "Nawiedzenie"/

1937, Manekiny krawca
Uwielbiam prozę Schulza. Jego grafiki również. Myślę, że, jak na ten talent, jest mimo wszystko niedoceniony albo doceniony niedostatecznie. Od dawna marzy mi się podróż do Drohobycza i do Truskawca, gdzie mieszkał i gdzie się leczył. Jako człowiek był ponoć zakompleksiony, niepozorny, nieśmiały, zamknięty w sobie. Introwertyzm był u niego oznaką wielkiej wyobraźni, której dał, na szczęście, upust w "Sklepach cynamonowych", "Sanatorium pod Klepsydrą", "Xiędze bałwochwalczej", freskach czy ilustracjach do "Ferdydurke" - tylko tyle po sobie zostawił. Jeszcze przekład "Procesu" Kafki.

W przyszłym tygodniu we Wrocławiu będzie Festiwal im. Brunona Schulza. Został zaplanowany z rozmachem, na pięć dni, które wypełnią panele dyskusyjne, wykłady, wernisaże, koncerty, zajęcia dla licealistów, konferencja naukowa. Wśród gości Gross, Flaszen, Gebert, Andruchowycz, Mikołejko, Bielik-Robson, Varga, Huelle, Śpiewak, Tuszyńska, Nowicki... W programie dyskusje nie tylko nad twórczością Schulza, ale i o stosunkach polsko-ukraińskich, żydostwie, życiu literackim Żydów. Imponujące. Skąd na to pieniądze - nie wiem. Ponoć od Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Tak czy inaczej - cieszę się. Bo jeszcze przed kryzysem trochę strawy duchowej mnie znieczuli.

1934, Bruno Schulz uczy rysunku w gimnazjum w Drohobyczu