Pokazywanie postów oznaczonych etykietą idee. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą idee. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 9 czerwca 2014

de-konstrukcja, czyli notatki z lektury

(…) Czy ktokolwiek dziś, w naszym relatywistycznym świecie, naprawdę wierzy, że istnieją jakieś prawdy absolutne czekające na przebudzenie? Wyjąwszy religijnych i politycznych fundamentalistów, niemal na pewno nie – o wiele łatwiej jednak byłoby wyśmiać Heglowską interpretację historii, gdyby nie fakt, że jako opowieść o aryjskim przeznaczeniu, wsparta dodatkowo przez Nietzshego, stała się wodą na nazistowski młyn – pieśń Tomorrow Belongs to Me, odśpiewana w filmie Boba Fosse’a Kabaret z 1972 roku, jest właśnie taką deklaracją renesansu czy też przebudzenia przeznaczenia, tak nikczemnie dotąd uśpionego. Nawet w mniej przerażających okolicznościach koncepcja prawdy jako czegoś, co musi zostać obudzone, wyrwane z łóżka i wyciągnięte na światło dzienne, instynktownie do nas przemawia. Pomyślmy choćby o politycznych gestach, jakie ukochali sobie konserwatyści wszelkiej maści we wszystkich krajach – nawoływanie do „powrotu do korzeni” czy „odrodzenia tradycyjnych wartości”. Te hasła są w swej istocie heglowskie czy też dialektyczne, bo zakładają, że prawda kiedyś była dostępna, a później została ukryta i uśpiona (najczęściej przez politycznych oponentów), więc teraz naszym obowiązkiem jest ją ożywić czy też zbudzić. Prawda staje się jeszcze prawdziwsza i jeszcze bardziej potężna, jeśli zostanie zbudzona po raz wtóry.

(…) Choć nieposłuszeństwo Ewy prowadzi do tragedii, to jej niewinność sama w sobie nie jest niczym złym. Z pewnością to właśnie ona prowadzi ją do podjęcia niewłaściwej decyzji – najgorszej z możliwych – ale sam fakt, że Ewa w ogóle dokonuje wyboru, że włącza Diabła do debaty, która może się rozstrzygnąć w różny sposób, że działa, nie czując Bożego oddechu na karku, przemawia na rzecz jej wolnej woli albo też, co na jedno wychodzi, prawa do błędu. Z tej przestrzeni wyrasta wolność – nie możesz mieć prawa do posiadania racji, jeśli nie masz prawa do popełniania błędu. (…) im bardziej zmniejszasz prawdopodobieństwo popełnienia błędu, tym bardziej zmniejszasz przestrzeń swojej wolności.

/Robert Rowland Smith, "Śniadanie z Sokratesem"/

Muszę jednak przyznać, że nie spotkałem nikogo, kto by cały czas z ręką na sercu mówił: „To jest to. Ten brzeg, na którym w tej chwili stoję, jest moją ziemią obiecaną. Wszystko, czego mi potrzeba, znajduje się tutaj”. Taki człowiek musiałby żyć całkowicie w chwili teraźniejszej, tu i teraz, ale czy ktoś potrafi tak żyć cały czas? Bez względu na to, jak się staramy, pojawiają się sytuacje, od których chcemy się odgrodzić. Ale skoro naprawdę dokądś zmierzamy, skoro chcemy odnaleźć drugi brzeg, to pozostaje kwestia łódki i wioseł. Załóżmy, że docieram na drugi brzeg – i co?
„Dopłynąłem tutaj dzięki tej pięknej łódce i świetnym wiosłom, więc teraz będę je wszędzie ze sobą taszczył”. Narzędzie, które pomogło mi osiągnąć cel, stało się balastem. To ja uczyniłem z niego balast, zamiast się go pozbyć i być wolnym. Gdy po pewnym czasie znowu chcę dostać się na kolejny drugi brzeg, potrzebuję innej łódki z innymi wiosłami, bo tym razem jest to wyprawa przez morze.

/Bernie Glassman, „Koleś i mistrz zen”/

Margot powiedziała mi, że znalazłam dla siebie kieszonkę szczęścia. Prawda jest taka, że zawsze ją miałam przy sobie. W pewnym momencie trochę się oberwała i prawie ją zgubiłam, ale udało się ją przyszyć z powrotem. Trochę widać nierówny ścieg i nitkę innego koloru, a brzegi tej kieszonki są postrzępione. Jednak jest to wciąż moja kieszonka :)))


piątek, 6 grudnia 2013

nie trzeba wielu słów

Nikt nie rodzi się z nienawiścią do innych z powodu koloru ich skóry, pochodzenia czy wyznania. Narody uczą się nienawiści, a skoro potrafią nauczyć się nienawiści to mogą nauczyć się także miłości, bo miłość jest bardziej naturalna dla ludzkiego serca niż jej przeciwieństwo.

/Nelson Mandela/

sobota, 9 listopada 2013

sorry Polsko

Siadam do pisania bezsilna. Od paru dni zastanawiam się, co napisać - na 9 listopada, na 11 listopada, na Dzień Wzajemnego Szacunku w 75. rocznicę Nocy Kryształowej i Dzień Odzyskania Niepodległości. Bo chciałabym, żeby ta data była jedna i żeby obie te uroczystości scaliły się. Chciałabym, żeby w patriotyzm i niepodległość był wpisany wzajemny szacunek, tolerancja, otwartość,  a nie - nieufność, rewanżyzm, prawda jedynie słuszna, brunatne koszule, zamknięte granice. Nie chcę dwóch dat, tylko jedną, uniwersalną, która pozwoli mi świętować polskość ze wszystkimi jej wzlotami i upadkami. Chcę świętować dzień walki z faszyzmem i niepodległości w jednym.

niedziela, 10 marca 2013

10 marca

Dziś całkiem dużo świąt, jak się okazuje. Bo np. święto 40 męczenników. I Dzień Mężczyzny. Więc z tej okazji wszystkim Mężczyznom, których znam, niezależnie od pełnionych w życiu - z wyboru lub nie - ról, życzę, żebyście nie zawsze musieli być niezłomni. Bo i Wy macie prawo być słabi, wycofywać się, upadać i... podnosić się, jeśli taka jest Wasza wola. Wszystkiego najlepszego!

Ale dziś jest też 54. rocznica tybetańskiego powstania narodowego i kolejnych powstań i protestów przeciwko chińskiej okupacji.

W 1949 i 1950 roku Chiny dokonały inwazji na Tybet, wówczas niepodległe państwo o powierzchni bliskiej Europie Zachodniej. Od tego czasu naród Tybetański został zepchnięty na margines społeczny w swojej własnej ojczyźnie. Drastycznie stłumiono unikalną kulturę tybetańską, a setki tysięcy obywateli padły ofiarą działań okupacyjnych, tortur i egzekucji, zmarły z głodu lub śmiercią samobójczą. Bogactwa naturalne regionu tybetańskiego zostały wywiezione do Chin. Tybetańczykom odmawia się podstawowych praw człowieka; samo wypowiedzenie słów „wolny Tybet” albo wywieszenie tybetańskiej flagi narodowej grozi aresztowaniem, torturami i karą więzienia. Coraz dalej sięgają ograniczenia wolności religijnej. Mnisi i mniszki za odmowę potępienia Dalajlamy, ich duchowego i świeckiego przywódcy, są bici, aresztowani i poddawani karze więzienia.
/ze strony Ratuj Tybet/

Jestem ciekawa, czy wrocławskie władze, które kilka lat temu obdarzyły Dalajlamę honorowym obywatelstwem miasta, dziś w jakiś sposób pokażą swoją solidarność z wolnym Tybetem...

niedziela, 6 stycznia 2013

Depardieu...

nowy rok - nowy projekt :)

Kobieta - "dorosły człowiek płci żeńskiej" - w tym znaczeniu od XVIII w., wcześniej spotykane od pocz. XVII w. W XVI w. wyraz rzadki, nieliteracki, najczęściej w połączeniu z określeniami "wszeteczna, plugawa, nikczemna, szpetna". M.Bielski, "Sjem niewieści" (1586): "Chocia oni nas zowią białegłowy, prządki - ku więtszemu zelżeniu kobietami zowią... Mogą oni przezywać żony kobietami, Aleć też nie do końca mają rozum sami".
Bruckner wysunął hipotezę, że słowo to wymyślił jakiś antyfeminista, bo znalazł w języku staropolskim określenia "kob" = chlew, "koba" = kobyła.
Z niemieckiego - "gabetta", "gebette" - towarzyszka łoża, małżonka, konkubina.
Inne języki: fiński - "kave" = kobieta, matka; estoński - "kabe" = kobieta, pani; czeski - "kubena" = nałożnica; cygańskie "kab" = brzemienna; staropolskie - "obieta" = ofiara.
/wg F. Sławski, Słownik etymologiczny języka polskiego, tom I/

Ze strony "Who needs feminism?"

środa, 19 grudnia 2012

się (nie)zmieni

No cóż, jednak się coś dzieje, chociaż "coś" bywa też wątpliwe, bo przecież powinniśmy się cieszyć z tego, że "Miasto da milion na walkę z neofaszyzmem i ksenofobią", nawet tak bardzo, że dziennikarz, który dotąd był daleki od chwalenia urzędów, nagle pod swoim artykułem pisze w komentarzu pean na cześć pana prezydenta (sic!).
No ale jak się cieszyć, skoro 750 tys. z tego miliona pójdzie na dodatkowy sprzęt, głównie do monitoringu, a pewnie także na dodatkowe pałki dla policji? Ba, przecież m.in. dzięki monitoringowi i skutecznej działalności policji zatrzymano (chwała jej za to) i postawiono zarzuty tym, którzy napadli na squat Wagenburg po marszach 11 listopada? Tak, tylko że ten monitoring i pałki to co najwyżej piękna próba realizacji panoptyzmu, o którym pisał Foucault w książce "Nadzorować i karać". Ten, który wierzy, że rozbudowując system penitencjarny uda się zapobiec aktom przemocy, bardzo się myli. Niestety, bez zmiany mentalności i działań ku temu zmierzających niewiele da się zrobić.
Więc cieszę się i nie cieszę zarazem, ale najbardziej się dziwię, że dziennikarze GW w końcu dali się urobić panu rzecznikowi.

poniedziałek, 10 grudnia 2012

warto

Człowiek może być ubogi nie dlatego, że nic nie jadł, ale dlatego, że jest nieszanowany, poniżany, lekceważony, pogardzany. Ubóstwo to stan społeczny i mentalny powodujący, że człowiek nie widzi wyjścia z sytuacji, w jakiej się znalazł.
/Ryszard Kapuściński/

Dziś jest Międzynarodowy Dzień Praw Człowieka. Każdy może pomóc, np. podpisując petycję w sprawie zaprzestania represji przeciwko opozycjonistom na Białorusi. Na stronie Amnesty International Polska są również informacje o innych działaniach, kampaniach, wydarzeniach. Warto się przyłączyć. 

poniedziałek, 26 listopada 2012

tak

Pochwała Ewy

Marc Chagall "Adam i Ewa"

Historia Adama i Ewy i ich wygnania z raju wcale nie jest, jak zwykło się nam wmawiać na katechezach i w kościele, historią upadku człowieka. To raczej opowieść o narodzinach człowieczeństwa. Kim byli owi „pierwsi rodzice”, jeszcze w raju? Nie czuli wstydu, nie musieli się o nic troszczyć, nie chorowali, nie popełniali grzechów. Byli jak dzieci we mgle albo jak zwierzęta, których przecież nie dotyczy etyka i moralność. Tymczasem Ewa „zwiodła” Adama i ten zjadł owoc z drzewa poznania złego i dobrego. Wcześniej biblijna para zatem nie potrafiła rozpoznać, co jest dobre, a co złe, byli niesamodzielni, wszystko podał im Bóg, jak na tacy. Nie mogli nawet mieć pojęcia o tym, że dobro i zło mogą być rozłączne, że w ogóle istnieje taki podział. Świat był jednolity, a jedynym przejawem dualizmu była różnica w ich płciach, podobnie jak u zwierząt.
I oto Ewa, którą niesłusznie odsądza się od czci i wiary, nakłania Adama do „grzechu”. Grzech ma ewidentnie negatywne konotacje, jest złem samym w sobie, sprzeniewierzeniem się Bogu. Ale ten błąd, „grzech” pierwszych ludzi tak naprawdę jest początkiem człowieczeństwa. Od tej pory człowiek może wybierać, choćby między dobrem i złem, które jawią się przed nim w całej swojej postaci samodzielnego życia. Bóg już nie ma nad nim bezpośredniej kontroli, owszem, skończył się dobrobyt, ale człowiek wreszcie może sam decydować,  czy chce zawierzyć Bogu, czy nie. Może decydować, co zrobić ze swoim życiem. Nie musi mieszkać w nudnym, radosnym, szczęśliwym raju. Owszem, ceną za to jest cierpienie, któż by jednak jej nie zapłacił za samodzielność, dorosłość? Zatem – chwalmy Ewę, bo to ona jest w istocie matką Ludzi.

niedziela, 25 listopada 2012

rozgoryczenie

Już wiem, co jest. Dlaczego ostatnio opadłam z sił, jestem zniechęcona, zmęczona, wrzucam jakieś głupoty, silę się na pseudointelektualizm, szukam dziury w całym. Kilka dni temu okazało się, że we Wrocławiu jest możliwy antydyskryminacyjny program edukacyjny. I że można go zrobić z rozmachem, z taktem, nie upierając się przy swoim, nie forsując treści, których na siłę nie można w szkole wprowadzić, natomiast zachęcając uczniów do swojej aktywności i promując działania oddolne. Do tego - przy współpracy UM, nie obrażając się o ilość pieniędzy i nie traktując każdego wycofania się jako dowodu ksenofobii i braku lojalności. I jeszcze - traktując uczniów podmiotowo.
Szczerze? Nie sądzę, żeby ten program był szczególnie fascynujący. Dużo w nim zależy od tych, którzy będą prowadzić zajęcia i pod okiem których uczniowie będą przygotowywać swoje projekty. Ale... UDAŁ SIĘ.

poniedziałek, 19 listopada 2012

pręgi


Dzisiaj jest Międzynarodowy Dzień Zapobiegania Przemocy wobec Dzieci.
Moja koleżanka Natalia napisała dziś tak: "Przemoc zapisuje się w głowach trwalej i silniej niż wspólne spacery z tatą, przytulanie mamy i wesołe rodzinne wigilie. Z plecaków, do których przez lata rodzice wrzucali nam dobro i zło - w swoich własnych rodzinach wyciągamy to samo zło, które z chorej "miłości" zafundowali nam nasi rodzice. I żadna kurwa siła nie jest w stanie tego gówna przerwać :(((((("




Ja dorzucam jeszcze to...

niedziela, 18 listopada 2012

Wagenburg

Tydzień temu we Wrocławiu narodowcy napadli na squat. Warto przeczytać tekst "Obudź się, Wrocławiu", a w nim m.in.:

Olga Tokarczuk, pisarka:

W Polsce strach przed jakąkolwiek lewicą jest tak duży, tak irracjonalny, tak niemądrze podsycany przez prawicowe media i Kościół, że zupełnie oślepliśmy na prawe oko. Stopień przyzwolenia na głoszenie poglądów rasistowskich i antydemokratycznych jest niebywały. Konserwatywnie zorientowana większość społeczeństwa traktuje to jako rodzaj normy, środka. Wszystko, co do tej normy nie przystaje, jest traktowane modnym ostatnio słowem "lewactwo". "Lewactwem" są więc i rządy Hollande'a we Francji, i in vitro, prawa kobiet, i wegetarianizm. Tymczasem nie można stawiać na równi hasła "Polska dla Polaków" z "lewackim" hasłem "Polska biała tylko zimą". To pierwsze jest rasistowskie, a rasizm jest w Polsce karany. Nie mam zamiaru przywoływać tutaj wszystkich haseł, jakie skandowano podczas marszu, jednak wiele z nich była jawnym nawoływaniem do przemocy i właściwie każdy inteligentny obserwator mógł się domyślać, że nabuzowane czoło pochodu będzie szukało kozła ofiarnego. To też znamy z historii. Dlaczego Wrocław? To pytanie zadawałam sobie, patrząc na ogromny pochód, słysząc agresywne hasła i uskakując przed rzucanymi pod nogi petardami. Czy cała latami i z wysiłkiem budowana tożsamość miasta jako wielokulturowego, otwartego, europejskiego, nowoczesnego wzięła w łeb? Czy była doraźnym pijarem?

Dorzucę tu jeszcze Martina Niemöllera, bo ważny jest i godne miejsce będzie tu miał.

Kiedy przyszli po Żydów, nie protestowałem. Nie byłem przecież Żydem. 
Kiedy przyszli po komunistów, nie protestowałem. Nie byłem przecież komunistą. 
Kiedy przyszli po socjaldemokratów, nie protestowałem. Nie byłem przecież socjaldemokratą. 
Kiedy przyszli po związkowców, nie protestowałem. Nie byłem przecież związkowcem. 
Kiedy przyszli po mnie, nikt nie protestował. Nikogo już nie było.

niedziela, 11 listopada 2012

piątek, 26 października 2012

cieszę się :)


Europoseł i były minister edukacji prof. Ryszard Legutko musi przeprosić Zuzannę Niemier i Tomasza Chabinkę za nazwanie ich „rozwydrzonymi smarkaczami”. Przeprosiny ma zamieścić w Gazecie Wrocławskiej i w Gazecie Wyborczej.
W 2009 roku Zuzanna Niemier i Tomasz Chabinka byli uczniami wrocławskiej Czternastki. Wystąpili do dyrektora liceum z petycją o usunięcie ze szkoły symboli religijnych. Minister w rozmowie
z dziennikarzami nazwał działania licealistów "typową szczeniacką zadymą", a ich samych "rozwydrzonymi i rozpuszczonymi przez rodziców smarkaczami".
Pierwszy wyrok w tej sprawie zapadł w kwietniu tego roku przed krakowskim Sądem Okręgowym. Wtedy sędzia uzasadniał: "poglądy te wypowiedział minister i europoseł, ceniony w świecie naukowym autorytet i wychowawca akademicki, którego wiek, doświadczenie i pozycja (…) nakazywałaby powściągliwość i rozwagę".
Prof. Legutko odwołał się od orzeczenia. Dziś Sąd Apelacyjny w Krakowie utrzymał wyrok i jest on prawomocny.

niedziela, 14 października 2012

haters gonna hate, czyli lewym okiem

Kiedy Jerzy Sawka żegnał się z czytelnikami wrocławskiego dodatku Gazety Wyborczej, napisał pełen goryczy artykuł, w którym rozprawił się z rzekomą „wrocławskością” w negatywnym znaczeniu. Otóż wrocławskość według byłego redaktora naczelnego lokalnego dodatku Wyborczej jest szczególną odmianą patriotyzmu lokalnego, a ściślej – lokalną megalomanią, pewnego rodzaju przekonaniem, że „my tu we Wrocławiu to jesteśmy: (do wyboru) tolerancyjni, otwarci, postępowi, bardziej europejscy niż mieszkańcy innych miast w Polsce, wykształceni, zamożni, kulturalni i bardzo gościnni, ale nie możesz stać się jednym z nas, jeśli się tu nie urodziłeś lub ewentualnie nie mieszkasz tu od co najmniej 30 lat”. I jeszcze, jak zdaje się komunikować typowy wrocławianin według Jerzego Sawki, „ach, jak nam miło, że nas chwalisz, bo u nas jest co chwalić i jesteśmy wspaniali, ale jeśli tylko zaczniesz nas krytykować, to odwrócimy się do ciebie plecami”. Celem artykułu Sawki było uargumentowanie skierowanej wobec niego niechęci, z jaką się spotkał zarówno w swojej redakcji, jak i wśród spotykanych na co dzień wrocławian. Myślę, że ma on w jakiejś części rację – jesteśmy megalomanami. Nie wiem, czy bardziej niż warszawiacy, poznaniacy, krakowianie, łodzianie, itd., może i tak. Ale nie miał pan redaktor racji, że owa megalomania była przyczyną niechęci wobec niego samego, a przynajmniej nie główną.

Megalomania jest w ogóle jakąś typowo polską cechą, która pozwala nam na zapiekanie się we współczesnych hybrydach sarmatyzmu, mesjanizmu i nacjonalizmu (zmieszanych i wstrząśniętych) we wszystkich jego przejawach i odmianach, od tych najbardziej ordynarnych, jak działalność NOP i wszelkich pochodnych ONR, po wypowiedzi „zwyczajnych” hejterów, np. pod tekstem dotyczącym sprzeciwu wobec wysiedleniom Romów (oto próbka: Inna rzeczą jest, że ludność, która z przeproszeniem sra w krzakach, kiedy dziesięć metrów dalej stoi darmowy szalet publiczny, niczyjej sympatii budzić nie może. Jeżeli to jest rasizm, to sami sobie winni). Jak z tą megalomanią mocno podszytą ksenofobią walczyć? Nie mam pojęcia, przecież potomkowie husarii będą zawsze obstawać przy swoim, powołując się co najmniej na: historię (zawłaszczoną), tradycję (źle rozumianą), dobro społeczeństwa (bardzo dyskusyjne). A i inni stróże porządku potwierdzą, że „Żaden z nich nigdy nic złego mi nie zrobił i nie doświadczyłem z ich strony niczego niemiłego”, jak w komentarzach pod artykułem Mirki Makuchowskiej z KPH i Joanny Synowiec z Nomady.

Ale przecież my tu, w Polsce, we Wrocławiu, nie mamy problemów z rasizmem, jak zdaje się mówić głos z Sukiennic, a nawet jeśli mamy, to nic nie możemy z nim zrobić, lepiej niech się tym zajmie „Gazeta Wyborcza” i go zlikwiduje. A póki co nie wydamy zgody na wystawę „Wrocławska Równość”, bo kontrastowa czerwień i biel ostrych trójkątów na czarnym tle jest zbyt agresywna dla przestrzeni miejskiej (sic!). Niestety, dopóki takie wybryki jak wybicie okna w synagodze czy okrzyki rzucane w kierunku dziennikarek tejże znienawidzonej gazety w stylu „wy żydowskie lesby” będziemy nazywać tylko i wyłącznie chuligaństwem, dalej będzie na nie przyzwolenie. Bo przecież na każdym wiejskim (i nie tylko) weselu zdarzają się „agresywne” wybryki. Smutne. 

Świetny komentarz autorstwa Sztucznych Fiołków

Artykuły, do których odnosi się ten felieton (linki w tekście):
1. Jerzy Sawka, Jak kochać Wrocław, żeby nie odbiło
2. Jan Józef Lipski, Dwie ojczyzny, dwa patriotyzmy
3. [krzem], Apel AEDH. To hańba Europy. Przeciw wysiedleniom Romów!
4. Joanna Synowiec, Mirosława Makuchowska, NOP-owcy zagrażają wszystkim żyjącym we Wrocławiu
5. [red], Dutkiewicz: potrzebna akcja w celu delegalizacji NOP
6. Bartosz Machalica, Wrocław: Wystawa w ramach Festiwalu Równości zakazana
7. [mgo], Po marszach ktoś wybił okno we wrocławskiej synagodze

środa, 10 października 2012

coraz częściej zamyślam się nad...

Prawdziwie myślę tylko przy maszynie do pisania i podczas rozmowy. Gdy jestem sama, nie myślę naprawdę - mam tylko oderwane fragmenty idei. Piszę i rozmawiam, by dowiedzieć się, co myślę. Gdybym pisała innego dnia albo rozmawiała z kimś innym "myślałabym" zupełnie inaczej.
/Susan Sontag/

I jeszcze lista jej (Susan Sontag) ulubionych rzeczy: ogień, Wenecja, niemowlęta, nieme filmy, duże psy z długą sierścią, modele statków, puchowe kurtki, Bach, meble z czasów Ludwika XIII, sushi, mikroskopy, duże, nieumeblowane pokoje, pizza, zatrzymywanie się w hotelach, oglądanie łyżwiarstwa figurowego, zadawanie pytań, taksówki, aforyzmy, Durer, wysocy ludzie.

A ja jej idę wbrew: woda, Paryż, dzieci, z którymi można porozmawiać, przeestetyzowane i nudne filmy, krótkowłose koty, [za modele statków nic nie wymyślę], trencze, Beethoven, [cholera, jakie meble? wszystko jedno!], ryby, ale nie na surowo, aparaty fotograficzne, stare ciemne mieszkania zawalone meblami, makarony i pasty, bycie w podróży, oglądanie filmów, odpowiadanie na pytania, najlepiej pieszo, wiersze, Malczewski, po prostu ludzie.

Tak trudno się dzisiaj pisze :(((

Liść utopiony w deszczówce, październik 2012

środa, 3 października 2012

Rushdie

Ja sam należę do pokolenia, które ukuło pojęcie wielokulturowości, i uważam je za dobry pomysł. Dziś każde duże miasto na świecie w istocie jest wielokulturowe, nie tylko Nowy Jork, gdzie nawet taksówkarze mówią setką języków, ale także mój rodzinny Bombaj.
Ale pułapką wielokulturowości jest ten niedostrzegany od razu moment przejścia w kulturowy relatywizm, który głosi: jeśli ich kultura dopuszcza obrzezanie dziewczynek, niech to robią; jeśli przyzwala na zabójstwa z powodu niepodzielania ich światopoglądu - trudno, niech zabijają.
Pytanie brzmi, czy istnieje coś takiego jak uniwersalne zasady. To trzeba znów pilnie ustalić. Gdy krótko po traumie II wojny uchwalano Deklarację Praw Człowieka, zgadzano się, że jest to zbiór praw powszechnych. Dziś można nierzadko usłyszeć, także na Zachodzie, że to przejaw imperialnej pychy, że narzucanie własnych wartości reszcie świata jest niemoralne. Cios takim argumentom zadała arabska wiosna. Ludzie, którzy wyszli na ulice w Tunezji, Egipcie, Libii i Syrii, dowiedli, że pragną tych samych swobód co my, choć my lubimy usprawiedliwiać naszą zgodę na status quo poglądem, że przecież "oni" nie są gotowi na prawdziwą wolność i demokrację.
Myślę, że społeczeństwo, w którym nie można bezkarnie powiedzieć do oponenta: uważam twoje poglądy za potworne, szybko zmienia się w tyranię. (...)
/Salman Rushdie w wywiadzie z Łukaszem Grzymisławskim/