piątek, 7 września 2012

empty page

Chyba znalazłam coś, co da mi namiastkę odbicia w ekspresji nieco innej niż tylko słowo. Trafiłam wczoraj na kolaże Eweliny Lebidy, z cytatami z Nosowskiej, ze Świetlickiego, dialogujące z filmami, z konwencjami, pełne ironii i absurdu i pomyślałam, że to w sumie bardzo blisko scrapów, które niegdyś robiłam, a które już się zupełnie "przeżarły".
A dziś przypomniałam sobie moje pierwsze gazetki ścienne robione w szkole, kiedy byłam może w 5, może w 6, może w 7 klasie podstawówki. Wycinałam z gazet różne postacie i naklejałam na duży karton, każda z postaci był to ktoś z klasy. Dopisywałam "chmurki" i wypowiedzi, często realne teksty, innym razem wymyślone, być może złośliwe czasami, ale tak naprawdę nikt nie czuł się nigdy obrażony.
Zgadzam się, że to trochę odtwórcze i pasożytujące na innych tekstach i obrazach. Poza tym - zajęcie tylko na chwilę. Ale może to pora, żeby spróbować.



Kolaż z Monty Pythona



Kolaż Wisławy Szymborskiej

czwartek, 6 września 2012

dawno już...

to nie jest pora na Fionę Apple po przejściach
to nie jest pora na Florence w zmanierowanych pozach
to nie jest pora na przejmujący głos Lou Rhodes
to nie jest pora na subtelność Charlotte Gainsbourg
to nie jest pora na dziwactwa CocoRosie
to nie jest pora na naiwną rozpacz Lykke Li
ani na czarny pulower Beth Gibbons

wraca pora na Emilianę Torrini :)




środa w czwartek

prof. Magdalena Środa dobrze prawi... Z wczorajszej Wyborczej:

"Z kultury Platforma najbardziej ceni sobie metro, a PiS - dziedzictwo. Ponieważ - przynajmniej w Warszawie - metro będzie jedynym dziedzictwem kulturalnym PO, myślę, że PiS spokojnie je uzna - o ile pozwoli mu się na zbudowanie kilku pomników zmarłego prezydenta. A w końcu się pozwoli, już Gowin o to zadba.
Na płaszczyźnie kulturowej porozumienie jest więc bliskie; jeszcze bliższe jest na płaszczyźnie edukacyjnej. I dla PO, i dla PiS ważne jest hasło znane z klasyka: „Byle polska szkoła zasobna, byle polska szkoła spokojna”. Ponieważ z zasobnością jest źle, politycy obu partii kontentują się jej spokojem. Szkoła ma być oazą dziewiętnastowiecznych snów o sile polskiej rodziny, religijności i niezwykłości narodowej martyrologii. „Produktem” szkoły - używając nowoczesnego języka minister Szumilas (na słowie „produkt” nowoczesność MEN się kończy) - powinien być religijny patriota. O patriotkach szkoła milczy, bo przecież w powstaniach nie walczyły.
Jarosław Kaczyński, w swoim jakże nowatorskim „exposé”, domagał się dopiero co ustawowych gwarancji dla obowiązkowego nauczania języka polskiego, religii i historii, „w pełnym wymiarze godzin, we wszystkich szkołach”. Bo Polak ma być Polakiem, a nie tam jakimś Europejczykiem, a kobieta ma rodzić, a nie być Polakiem. Myślę, że minister Szumilas i cały klub PO gorliwie przyklasną żądaniom Kaczyńskiego, bo PO tak jak PiS ceni historię, tradycję i żadnej nowoczesności w szkole nie potrzebuje.
Donald Tusk 3 września nie pozostał niemy na te wyraźne oznaki porozumienia między - wrogimi na innych terenach - partiami i w Sulęczynie odpowiedział prezesowi jak echo, że szkole potrzebna jest „powściągliwość, umiar i rozsądek” oraz cyfryzacja. To bodaj jedyna różnica między PO a PiS. Tusk nowoczesność szkoły widzi w komputeryzacji. Kaczyński - w zlikwidowaniu gimnazjów. Jedno warte drugiego. Bo czy wstawimy do szkół komputery, czy zlikwidujemy gimnazja, szkoła pozostanie i tak XIX-wieczną konserwatywną instytucją, wylęgarnią stereotypów, zbiorowiskiem szkodliwych polskich mitów, która czyni młodych ludzi bezradnymi wobec problemów i wyzwań współczesności.
Pan premier traktuje cyfryzację i e-podręczniki jak cud, który ma zmodernizować szkołę. A czy głupek wsadzony do nowoczesnego samochodu przestanie być głupkiem? Czy to, że ktoś korzysta z internetu i zamiast nad podręcznikiem zasiada przed komputerem, powoduje, że stanie się mądrzejszy, bardziej otwarty, bardziej przygotowany do życia w nowoczesnej Europie lub chociażby do życia publicznego?
Niechaj pan premier nie fascynuje się tak „maszyną” i techniką, tylko zajrzy do programów szkolnych i przeanalizuje sobie ich wymiar aksjologiczny i wychowawczy, to zobaczy Kmicica, którego jedyną etyką jest modlitwa, a jedynym przygotowaniem do życia obywatelskiego - wojaczka. W polskiej szkole nie ma tego, co najważniejsze: nauki myślenia (internet jej nie sprzyja), praktycznej edukacji obywatelskiej, edukacji ekologicznej, seksualnej i wreszcie - etyki będącej przygotowaniem do publicznej debaty. Nauczyciele są najbardziej konserwatywną i religijną grupą zawodową, oporną na wszelkie zmiany („Diagnoza społeczna” Czapińskiego). Cyfryzacja tego nie zmieni.
PO-PiS, prowadząc swoją „politykę edukacyjną”, pragnie chyba tylko jednego: by szkoła reprodukowała ich własny popisowy elektorat. "
Niestety, pani prof. Środa się nie myli. Dopóki nie przeprowadzi się gruntownej reformy programów nauczania, będzie źle. Ale i wtedy będzie źle, bo po co komu programy nauczania, skoro można i tak uczyć np. takiej historii z głowy, niemal nie zaglądając do podręczników, za to mając zawsze otwartą stronę Naszego Dziennika w szkolnym komputerze. Koło się zamyka: szkoła produkuje konserwatystów (bo nie śmiałabym mimo wszystko nazwać ich faszystami), którzy, o ile studia nie zweryfikują ich poglądów, zostają nauczycielami i uczą konserwatyzmu następne pokolenia. Problem w tym, jak oddzielić nauczanie od poglądów, i jest to chyba jednak niewykonalne. Bo na działania systemowe, wspieranie projektów edukacyjnych zapewniających różnorodność treści i opinii, przygotowujących, jak marzy się pani profesor, do udziału w debacie publicznej, chyba jeszcze długo nie ma na co liczyć, skoro szkoła ma być przede wszystkim „spokojna”.

wtorek, 4 września 2012

dead things

Wenders ♥



Song of Childhood
By Peter Handke
When the child was a child
It walked with its arms swinging,
wanted the brook to be a river,
the river to be a torrent,
and this puddle to be the sea.
When the child was a child,
it didn’t know that it was a child,
everything was soulful,
and all souls were one.
When the child was a child,
it had no opinion about anything,
had no habits,
it often sat cross-legged,
took off running,
had a cowlick in its hair,
and made no faces when photographed.
When the child was a child,
It was the time for these questions:
Why am I me, and why not you?
Why am I here, and why not there?
When did time begin, and where does space end?
Is life under the sun not just a dream?
Is what I see and hear and smell
not just an illusion of a world before the world?
Given the facts of evil and people.
does evil really exist?
How can it be that I, who I am,
didn’t exist before I came to be,
and that, someday, I, who I am,
will no longer be who I am?
When the child was a child,
It choked on spinach, on peas, on rice pudding,
and on steamed cauliflower,
and eats all of those now, and not just because it has to.
When the child was a child,
it awoke once in a strange bed,
and now does so again and again.
Many people, then, seemed beautiful,
and now only a few do, by sheer luck.
It had visualized a clear image of Paradise,
and now can at most guess,
could not conceive of nothingness,
and shudders today at the thought.
When the child was a child,
It played with enthusiasm,
and, now, has just as much excitement as then,
but only when it concerns its work.
When the child was a child,
It was enough for it to eat an apple, … bread,
And so it is even now.
When the child was a child,
Berries filled its hand as only berries do,
and do even now,
Fresh walnuts made its tongue raw,
and do even now,
it had, on every mountaintop,
the longing for a higher mountain yet,
and in every city,
the longing for an even greater city,
and that is still so,
It reached for cherries in topmost branches of trees
with an elation it still has today,
has a shyness in front of strangers,
and has that even now.
It awaited the first snow,
And waits that way even now.
When the child was a child,
It threw a stick like a lance against a tree,
And it quivers there still today.

poniedziałek, 3 września 2012

silence



‎"This tremendous world I have inside of me. How to free myself, and this world, without tearing myself to pieces. And rather tear myself to a thousand pieces than be buried with this world within me."
— Franz Kafka

rec rec rec



J.M. Coetzee, Hańba (Disgrace), Wydawnicywo Znak, Kraków 2006
Lektura „Hańby” pochłania, wciąga w swój urywany rytm, sprawia, że niemal nie można się oderwać od czytania. Jest to historia 53-letniego Davida, profesora literatury z uniwersytetu w Kapsztadzie, który okrywa się hańbą, nawiązując romans ze studentką. David należy do mężczyzn, którzy nie mogą się obejść bez kobiet, a właściwie bez spełnienia w ich ciałach, bo już żyć z nimi na co dzień, tak, by „musiały znosić jego chłód, szorstkość, zniecierpliwienie, że nie jest wreszcie sam”, nie potrafił. „Żył w nieustannej gorączce rozwiązłości. Romansował z żonami innych profesorów, podrywał turystki w barach na nabrzeżu albo w Club Italia, sypiał z kurwami”. „Zawsze był typem miejskim i swobodnie się czuł w rzece ciał, w której czyha eros, a spojrzenia migają jak strzały”.
Jest też „Hańba” powieścią o starzeniu się. 53-letni David wie, że Melanie jest ostatnią z jego młodziutkich kochanek o idealnym ciele, że tak naprawdę postępuje przeciwko naturze, narusza tabu dotyczące związków starszych mężczyzn i młodych kobiet. David zdaje sobie sprawę, że za chwilę będzie skazany na seks ze starzejącymi się znudzonymi paniami Bovary, jak Bev na prowincji, albo ewentualnie na płatną miłość. Smuci go to, bo całe życie służył Erosowi i słuchał swojej żądzy. Swoje ciało coraz częściej traktuje już z niejakim obrzydzeniem i z rezygnacją patrzy na sprawy wieku.
Kiedy wybucha skandal na uczelni, wydaje się, że może jeszcze się uratować, przyznać do winy, pokornie przyznać przed komisją dyscyplinarną, że nadużył swojej władzy, że nie powinien był wiązać się ze studentką. A jednak odmawia składania wyjaśnień, kwitując swoje stanowisko krótko: „zgadzam się treścią pozwu”. Potem będzie tłumaczył, że chciał bronić wolności słowa, wolności milczenia. Społecznie płaci za to wysoką cenę.
Zupełnie innego znaczenia nabiera słowo „hańba” w kontekście wydarzeń na farmie jego córki Lucy. David odchodzi z uczelni i, by przeczekać skandal, udaje się na południowowschodni kraniec południowej Afryki do Lucy, swojej córki, która sama prowadzi farmę i pensjonat-przechowalnię dla psów. To trudne życie dla białej kobiety, która jest samotna. David z rezerwą patrzy na swoją latorośl, użala się nad stanem jej ciała i umysłu, nad jej wyborami, których nie pochwala. Nie może pojąć, jak ona, wychowana w mieście pół-Holenderka, mogła wybrać życie na wsi, w sąsiedztwie Afrykanów. Farma nie jest bezpiecznym miejscem. Po tygodniu od przyjazdu Davida napada na nich trzech zbirów. Jego samego zamykają w komórce, oblewają spirytusem i podpalają (uchodzi z tego cało, ale z poparzeniami skóry głowy), kradną jego samochód, zabijają wszystkie psy, które są na przechowaniu Lucy, a samą dziewczynę gwałcą. Lucy nie chce jednak zeznawać przeciwko nim w sprawie gwałtu. To dla niej osobista sprawa, została zhańbiona, ale swój los przyjmuje z pokorą. Uważa, że na taki los zasłużyli biali ludzie, którzy wcześniej wyzyskiwali i traktowali z pogardą w tym kraju Afrykanów. Czuje się winna tego, co działo się w jej kraju z winy białych.
W efekcie mamy do czynienia z dwiema skrajnymi postaciami. David, typowy egoista i sybaryta, który nie potrafi nawiązać głębokich relacji z ludźmi, a kobiety traktuje właściwie tylko i wyłącznie jako obiekty swych, coraz bardziej nieporadnych zalotów, chociaż nie czuje się winny i uważa, iż romans go „niezwykle wzbogacił”, odpokutowuje stając się „psiarzem”. On, który nie dostrzega w zwierzętach istot godnych zainteresowania i litości, najmuje się do pracy przy usypianiu psów. Towarzyszy im w ostatniej drodze, dając im „nic”, lecz ucząc się pokory. Lucy, która wybrała trudne życie w samotności na farmie, wie, że jeśli chce tam zostać, musi stać się częścią Czarnego Lądu, zostać przezeń zhańbiona, być może wielokrotnie, by wreszcie zyskać bezpieczeństwo i spokój. Jest gotowa nawet poślubić swojego sąsiada, prymitywnego Petrusa, zostać jego trzecią żoną, żeby jej dziecko miało ojca i żeby oboje mieli zapewniony jako taki byt na farmie. Cierpi w swojej osobistej historii, ale za „grzechy” białych. To postać bez skazy, prawie święta, tak różna od ojca, którego zajmuje tylko i wyłącznie jego prywatna historia.
„Hańba” to lektura drażniąca, momentami bolesna, zastanawiająca, zwracająca uwagę na postawę moralną głównego bohatera, poczucie winy i heroiczną wręcz potrzebę odkupienia u jego córki i na stosunki społeczne w południowej Afryce po upadku apartheidu. Warto.

niedziela, 2 września 2012

hey teacher leave them kids alone

Koniec lata


















***
Przyjechaliśmy bez celu albo z konkretnymi postanowieniami
Zamknięci w różnych rolach, z których nie zawsze jest jakieś wyjście
W połowie zadań, zleceń, związków, tekstów, rozmów, dyskusji
Albo właśnie przed
Albo właśnie po
Nasze pragnienia były różne
Mówiliśmy różnymi językami
Wierzyliśmy w różnych bogów albo i nie wierzyliśmy wcale
Z naszych historii można napisać kilka dobrych scenariuszy
Przygarnięci pod dach otwartego domu
Znaleźliśmy ciepło, zrozumienie, przyjazną bliskość
Uśmiech wypędzał smutek
Leczyliśmy zranione dusze.
Wędrować przez życie to także umieć się zatrzymać
Spojrzeć Innemu w oczy
I powiedzieć mu „Ty”
Jak nad Głębokim