środa, 26 marca 2014

Wiosna

Uwielbiam tę chwilę, kiedy kwitną owocowe drzewa, zaledwie parę dni, zachwyt nad zachwyty, szaleństwo bieli i różu, kobierce z opadłych płatków, jeszcze bez zieleni, na gołych gałęziach - kwiecie :)
Chciałabym, żeby ta chwila trwała dłużej, ale wtedy tak bym do niej nie tęskniła, każdego roku od nowa.
Znalazłam ją dla siebie wczoraj, na mojej ścieżce za wsią.








czwartek, 20 marca 2014

rozmycie

Ewa Lipska
„Wybaczcie mi to”

Nie odpowiadam na wasze listy, telefony.
Porzucam przyjaźnie.

Wybaczcie mi to...

Coraz bardziej przywiązuję się do siebie.
Wycofuję się w głąb.

Nie zadziwia mnie naród.
Nie zadziwia mnie tłum.

Zwycięstwa i klęski łączą się w jedno.
Zyski i straty łączą się w jedno.

Na wrzosowiskach podziwiam motyla.
Nocami karmię nietoperze.

Z wierzchołka góry
obserwuję
zachodząca ostrygę słońca.


Wybaczcie mi to...

środa, 12 marca 2014

o losie

Arthur​ Schopenhauer napisał niegdyś, że kiedy z perspektywy starości spojrzy się na czyjeś życie, można odnieść wrażenie, że układa się ono w pewien logiczny ciąg. Jakby rządziła nim jakaś tajemnicza siła organizująca zdarzenia tak, aby zrealizowało się coś, co Schopenhauer określał mianem „zamierzenia, które zdaje się leżeć u podstaw losu jednostki”.
Nie​ był w tym oryginalny. Sięgał do opisanej w Państwie Platona​ koncepcji, w myśl której każda dusza wybiera sobie takich rodziców i takie otoczenie, żeby jej przeznaczenie, potencjał, talenty i umiejętności, a także rozmaite wady czy ułomności mogły się w pełni wyrazić. Jesteśmy, kim jesteśmy, już w momencie narodzin – mówił Platon. Nasz charakter, nasz los są już w nas obecne, niczym dąb w żołędziu.
James Hillman, amerykański psycholog, uczeń Carla Gustava Junga, twórca własnej oryginalnej szkoły, którą nazywał psychologią archetypową, (…) [twierdzi, że] tak w Europie, jak i na dalekich kontynentach, tak dzisiaj, jak i setki czy tysiące lat temu, ludzie zawsze mieli poczucie, że istnieje coś takiego jak los, przeznaczenie czy powołanie. Że jesteśmy na tym świecie po coś, że jest w nas coś niepowtarzalnego, coś odróżniającego nas od reszty, coś niezwykłego. I że zdarzenia, z których splata się linia naszego życia, nie są wyłącznie kompozycją chaotycznych elementów – bo coś nieznanego nadaje im jakość i kształt.
Hillman na każdym kroku zastrzega, że nie proponuje żadnej naukowej teorii, żadnego skrupulatnie popartego dowodami modelu pozwalającego na empiryczny, obiektywny opis. Wręcz przeciwnie, proponuje mit, wyobrażenie, fantazję. Nie używa suchego języka współczesnej naukowej psychologii, zamiast do statystyk i tabel odwołuje się do subiektywnego doświadczenia. Do tego nieweryfikowalnego i niemożliwego do udowodnienia, a jednak dojmująco autentycznego poczucia, które czasami nawiedza nas z siłą absolutnej oczywistości. Nie mamy wówczas wątpliwości, że coś popchnęło nas w ramiona tej, a nie innej osoby; że jakieś trudne i dramatyczne przeżycie otworzyło nam oczy na takie wymiary rzeczywistości, których wcześniej nie dostrzegaliśmy; że układ zupełnie z pozoru akcydentalnych okoliczności „prowadził” nas do miejsca, w którym aktualnie jesteśmy – i że jest to miejsce, w którym z jakiegoś powodu musieliśmy się znaleźć.
Można​ powiedzieć: ale to nic więcej, jak tylko atrakcyjna fantazja. Nic więcej, jak tylko ćwiczenie wyobraźni. Ale czy tak naprawdę współczesna psychologia oferuje coś innego? Czy oferuje realną wiedzę?
Bynajmniej​ – przekonuje Hillman. Teorie o kluczowym znaczeniu dzieciństwa albo o kompensacyjnej (wobec wad i ułomności) funkcji życiowych wyborów i ambicji to takie same mity, jak Platońska opowieść o duszy wybierającej sobie takie, a nie inne okoliczności narodzin. Nie stoi za nimi żadna twarda empiria, stoją za nimi natomiast apriorycznie i apodyktycznie przyjęte założenia. W ostatnich latach nawet one na gruncie psychologii akademickiej, bardzo przywiązanej do restrykcyjnej metodologii naukowej, zaczynają się rozpadać. Coraz więcej badań wskazuje, że doświadczenia z dzieciństwa, a zwłaszcza relacje pomiędzy dzieckiem a rodzicami, nie odgrywają istotnej roli w kształtowaniu się osobowości. Nie odgrywają, bo za wszystko – zdaniem takich tuzów, jak Judith Harris albo Steven Pinker – odpowiada mikstura złożona z genów oraz tego, czego uczymy się nie od mamy i taty, ale od rówieśników.
Chodzi​ jednak o to – dodaje Hillman – że jest jeszcze coś więcej. Że – mówiąc krótko – nie jesteśmy tylko efektem, choćby efektem genów i wpływów rówieśniczych. I że liniowy sposób postrzegania czasu, a tym samym życia – od początku do końca, od narodzin do śmierci – jest tylko jednym z kilku możliwych wariantów. W perspektywie​ Platońskiej bowiem, w perspektywie koncepcji osobistego daimona, czegoś​ w rodzaju siły tworzącej indywidualność – nasze życie jest jak obraz. Wszystkie zdarzenia w nim współistnieją, występują równocześnie, niczym scena uwieczniona na płótnie przez utalentowanego malarza. Z perspektywy widza, a także z perspektywy samego obrazu – chronologia, z jaką malarz szkicował kolejne kształty, jest zupełnie bez znaczenia. Obraz zjawia się jako gotowa, kompletna, synchroniczna całość.

/Tomasz Stawiszyński „Potyczki z Freudem”/

poniedziałek, 10 marca 2014

na dni kobiet i mężczyzn

Pozwolę sobie wkleić rysunek Marka Raczkowskiego z portalu gazeta.pl

I życzyć jednym i drugim, żeby żadne pełnione role - nieważne czy tymczasowo, czasowo, stale, zawsze, do grobowej deski - nie uwierały. I żeby jedne i drudzy ;) mieli jak najmniej powodów do konfliktów. I więcej genderu życzę - każdemu. Bo może to wyjść tylko na normalność i zdrowie. 


No tak. Nie lubię świętować. I jako kobieta nie czuję się ani lepsza, ani gorsza od mężczyzn. Na całe szczęście! :)
A dzień mężczyzny z jakiegoś powodu wypada w dniu, w którym obchodzi się wspomnienie 40 tysięcy męczenników... :)

piątek, 28 lutego 2014

urodziny

Jung rozpoczął terapię [von Franz] od opowieści o przypadku pewnej pacjentki. (…) kobieta ta mniej więcej połowę swojego życia spędzała na księżycu. Była tam królową wielkiego państwa. I tylko na księżycu czuła się naprawdę szczęśliwa. Kiedy wracała na ziemię, zapadała na ciężką depresję, kiedy zaś udawała się z powrotem na księżyc – trwała w głębokiej katatonii.
Sformułowania, których użył Jung, były dla von Franz w pierwszym momencie niezrozumiałe: „Ma pan zapewne na myśli, że tylko jej się wydawało, że była na księżycu…?” „Nic podobnego! – stanowczo odpowiedział Jung. – Ona była na księżycu.”

„Wtedy zrozumiałam – podkreślała wielokrotnie von Franz – czym jest rzeczywistość psychiczna.”
***

Ja w tej rzeczywistości, o jaką chodzi w tym tekście, mam swojego Anioła.


sobota, 22 lutego 2014

może ich wtedy nie doliczać do siebie?

Miron Białoszewski
Autoportret odczuwalny

Patrzą na mnie,
więc pewnie mam twarz.
Ze wszystkich znajomych twarzy
najmniej pamiętam własną.
Nieraz mi ręce
żyją zupełnie osobno.
Może ich wtedy nie doliczać do siebie?
Gdzie są moje granice?
Porośnięty przecież jestem
ruchem albo półżyciem.
Zawsze jednak
pełza we mnie
pełne czy też niepełne,
ale istnienie.
Noszę sobą
jakieś swoje własne
miejsce.
Kiedy je stracę,
to znaczy, że mnie nie ma.
Nie ma mnie,
więc nie wątpię.

środa, 19 lutego 2014

closer

W pewnej mierze wszyscy jesteśmy ofiarami idei rządzących się zasadą "albo - albo": albo jesteś za, albo przeciw, albo popierasz, albo zwalczasz. To, co jest pośrodku, czyli życie w jego konkretnej realizacji, a de facto my sami oraz nasze hic et nunc, pozostaje sferą najbardziej zaniedbaną i nierozpoznaną. Albowiem idee, choć potrzebne do nazywania rzeczywistości, rzeczywistością samą nie są, a nasze życie to nie figura geometryczna, nawet maksymalnie złożona, którą można precyzyjnie opisać za pomocą równań, a także z dużym prawdopodobieństwem przewidzieć jej ewolucję. 
Żaden system relacji międzyludzkich nie okaże się skuteczny, jeżeli osoby go współtworzące nie będą potrafiły wzajemnie rozpoznawać swoich potrzeb, szanować swojej odrębności i inności, relatywizować własnego "ja" do "ja" drugiego człowieka. Dlatego nie sprawdziły się dotychczasowe próby budowania społeczeństw zaprojektowanych zgodnie z określoną ideą i poniosą fiasko wszystkie kolejne, jeżeli ludzie nie nauczą się traktować idei zgodnie z ich przeznaczeniem, czyli szukać w nich inspiracji, a nie sposobu na rozwiązanie własnych problemów. Jedyny dobry model życia to bowiem ten, który sami jesteśmy w stanie stworzyć, a miarą jego jakości zawsze pozostaną poczucie spełnienia, szczęście i brak cierpienia tych, z którymi żyjemy. To umiejętność szukania skutecznych rozwiązań zamiast obarczania winą i odpowiedzialnością za niepowodzenia. To świadomość względności ludzkich rzeczy, naszych systemów wartości i przekonań, nieustanne doskonalenie się w sztuce negocjacji, a nie wymuszanie posłuszeństwa. To hermeneutyka życia codziennego i założenie, że każdy dzień -- a w dalszej perspektywie: całe życie -- można przeżyć raczej lepiej, niż gorzej, miast rozwijania pięknej, lecz martwej utopii, w której to, co dobre i złe zależy od moralnego guru, a nie przede wszystkim naszej wrażliwości. Trudne to zadanie do wykonania, ale potencjalnie wielce satysfakcjonujące.
/dramatis.personae/

Komentarz znaleziony pod jednym z tekstów na portalu gazeta.pl
Nie mój, ale "mój" :)