poniedziałek, 9 czerwca 2014

de-konstrukcja, czyli notatki z lektury

(…) Czy ktokolwiek dziś, w naszym relatywistycznym świecie, naprawdę wierzy, że istnieją jakieś prawdy absolutne czekające na przebudzenie? Wyjąwszy religijnych i politycznych fundamentalistów, niemal na pewno nie – o wiele łatwiej jednak byłoby wyśmiać Heglowską interpretację historii, gdyby nie fakt, że jako opowieść o aryjskim przeznaczeniu, wsparta dodatkowo przez Nietzshego, stała się wodą na nazistowski młyn – pieśń Tomorrow Belongs to Me, odśpiewana w filmie Boba Fosse’a Kabaret z 1972 roku, jest właśnie taką deklaracją renesansu czy też przebudzenia przeznaczenia, tak nikczemnie dotąd uśpionego. Nawet w mniej przerażających okolicznościach koncepcja prawdy jako czegoś, co musi zostać obudzone, wyrwane z łóżka i wyciągnięte na światło dzienne, instynktownie do nas przemawia. Pomyślmy choćby o politycznych gestach, jakie ukochali sobie konserwatyści wszelkiej maści we wszystkich krajach – nawoływanie do „powrotu do korzeni” czy „odrodzenia tradycyjnych wartości”. Te hasła są w swej istocie heglowskie czy też dialektyczne, bo zakładają, że prawda kiedyś była dostępna, a później została ukryta i uśpiona (najczęściej przez politycznych oponentów), więc teraz naszym obowiązkiem jest ją ożywić czy też zbudzić. Prawda staje się jeszcze prawdziwsza i jeszcze bardziej potężna, jeśli zostanie zbudzona po raz wtóry.

(…) Choć nieposłuszeństwo Ewy prowadzi do tragedii, to jej niewinność sama w sobie nie jest niczym złym. Z pewnością to właśnie ona prowadzi ją do podjęcia niewłaściwej decyzji – najgorszej z możliwych – ale sam fakt, że Ewa w ogóle dokonuje wyboru, że włącza Diabła do debaty, która może się rozstrzygnąć w różny sposób, że działa, nie czując Bożego oddechu na karku, przemawia na rzecz jej wolnej woli albo też, co na jedno wychodzi, prawa do błędu. Z tej przestrzeni wyrasta wolność – nie możesz mieć prawa do posiadania racji, jeśli nie masz prawa do popełniania błędu. (…) im bardziej zmniejszasz prawdopodobieństwo popełnienia błędu, tym bardziej zmniejszasz przestrzeń swojej wolności.

/Robert Rowland Smith, "Śniadanie z Sokratesem"/

Muszę jednak przyznać, że nie spotkałem nikogo, kto by cały czas z ręką na sercu mówił: „To jest to. Ten brzeg, na którym w tej chwili stoję, jest moją ziemią obiecaną. Wszystko, czego mi potrzeba, znajduje się tutaj”. Taki człowiek musiałby żyć całkowicie w chwili teraźniejszej, tu i teraz, ale czy ktoś potrafi tak żyć cały czas? Bez względu na to, jak się staramy, pojawiają się sytuacje, od których chcemy się odgrodzić. Ale skoro naprawdę dokądś zmierzamy, skoro chcemy odnaleźć drugi brzeg, to pozostaje kwestia łódki i wioseł. Załóżmy, że docieram na drugi brzeg – i co?
„Dopłynąłem tutaj dzięki tej pięknej łódce i świetnym wiosłom, więc teraz będę je wszędzie ze sobą taszczył”. Narzędzie, które pomogło mi osiągnąć cel, stało się balastem. To ja uczyniłem z niego balast, zamiast się go pozbyć i być wolnym. Gdy po pewnym czasie znowu chcę dostać się na kolejny drugi brzeg, potrzebuję innej łódki z innymi wiosłami, bo tym razem jest to wyprawa przez morze.

/Bernie Glassman, „Koleś i mistrz zen”/

Margot powiedziała mi, że znalazłam dla siebie kieszonkę szczęścia. Prawda jest taka, że zawsze ją miałam przy sobie. W pewnym momencie trochę się oberwała i prawie ją zgubiłam, ale udało się ją przyszyć z powrotem. Trochę widać nierówny ścieg i nitkę innego koloru, a brzegi tej kieszonki są postrzępione. Jednak jest to wciąż moja kieszonka :)))


sobota, 7 czerwca 2014

lately

Ostatnio... jest lepiej :)
Oddycham, uśmiecham się, znów chodzę na spacery po łąkach i lasach. Zachwycam się światem. Kwitną jaśmin (za którego zapachem nie przepadam) i czarny bez. Kwitną jeżyny i polne kwiaty, a wśród nich moje ukochane chabry. Lato tuż-tuż...

Przechodź spokojnie przez hałas i pośpiech i pamiętaj, jaki spokój można znaleźć w ciszy. (...)
Unikaj głośnych i napastliwych - są udręką ducha. (...)
Jesteś dzieckiem wszechświata nie mniej niż drzewa i gwiazdy, masz prawo być tutaj.
I czy to jest dla ciebie jasne, czy nie - wszechświat bez wątpienia jest na dobrej drodze. (...)
Przy całej swej złudności, znoju i rozwianych marzeniach jest to piękny świat.
/Max Ehrmann, "Dezyderata"/









środa, 4 czerwca 2014

dwadzieścia pięć :)

"25 lat temu pilnowałam w Okręgowej Komisji Wyborczej, żeby czerwony nie ukradł naszych głosów.
To tu spływały raporty z rejonowych komisji wyborczych i ja jako jedna z pierwszych wiedziałam, jak głosowali wrocławianie w czerwcu 1989 roku. Byłam tam najmłodsza i problematyczna dla ZSL, PZPR etc. Nie tak wyobrażali sobie klasowego wroga i tę Solidarność, co miała im gardła popodrzynać.
Po wyborczej nocy wszystkie te głosy wiozłam do Warszawy w specjalnym polonezie pilotowanym przez policyjne radiowozy. Obok mnie na tylnym siedzeniu jechał pan z PZPR, który miał dbać, żebym to ja nie ukradła głosów. Pod Warszawą, gdzieś w okolicach Janek spotkały się takie konwoje z kilku województw i z wielkim fasonem, na sygnale podjechaliśmy na Wiejską. W Sejmie przy zdawaniu listy jakiś pan szepnął mi, że z całego kraju takie wyniki płyną. To był moment, kiedy do mnie dotarło...
Pozwolili mi połazić po budynku Sejmu, weszłam do głównej sali obrad. Tam uwijała się ekipa cieśli - budowali miejsce dla prezydenta. Bo prezydent powrócił dopiero po 89, miła dziatwo..."
/Barbara Piegdoń - jak do tej pory moja najlepsza szefowa :)/

Ale nie ma wolności...
...bez solidarności społecznej, równości i bez zwykłego szacunku dla drugiego człowieka.
Korzystajmy z niej mądrze.

niedziela, 1 czerwca 2014

dzień Dziecka


Uważam, że Dzień Dziecka powinien być świętem narodowym! :)))))))))))
Wszystkiego dobrego z tej okazji dla wszystkich tutejszych zaglądaczy :)

I jeszcze opowieść...

"Myślę, że dobrze będzie to wyjaśnić: cała ta sprawa z Thomasem mnie również zaskoczyła. Tak naprawdę chciałem napisać zupełnie inną książkę: wzruszającą, ale jednocześnie taką, przy której można by się pośmiać. Miała opowiadać o moim szczęśliwym dzieciństwie. O tacie, który wieczorami grał na skrzypcach. O mamie, która ślicznie i przejmująco śpiewała. O moich braciach i siostrach, którzy nosili mnie na rękach. O przyjaciołach, którzy przychodzili na tort urodzinowy. Zamierzałem nadać jej tytuł Przygody szczęśliwego dziecka.(…)
Ale właśnie wtedy złożył mi wizytę pan Klopper. (…) był dokładnie w moim wieku. Miał siwe włosy dokoła prawie łysego czubka głowy. Ale kiedyś on także był dzieckiem.
Gdy zasiedliśmy przy ogniu wesoło trzaskającym w kominku, wyjął z teczki gruby zeszyt.
- Wiem, że jako pisarz darzy pan bliźnich wieloma uczuciami – powiedział.
Kiwnąłem głową na znak, że to prawda. (…)
- Dlatego chciałbym, żeby pan to przeczytał. – Podał mi zeszyt. – Moje notatki z czasów, gdy miałem dziewięć lat – ciągnął. – Niedawno ponownie do nich zajrzałem i myślę, że na coś się przydadzą. Ale najpierw musi pan je przeczytać, bo może są zbyt zuchwałe.
- Zuchwałe? – powtórzyłem zaskoczony.
- Tak – przyznał pan Klopper. – Miałem nieszczęśliwe dzieciństwo, a przez to człowiek robi się zuchwały. (…)
Odprowadziłem go do wyjścia.
- Czy nadal jest pan zuchwały? – zapytałem, gdy staliśmy już w drzwiach.
Pan Klopper skinął twierdząco głową.
- W pańskim wieku?
- Nie inaczej – odparł i zniknął za zasłoną gęsto padającego śniegu.
Jeszcze tego samego dnia przeczytałem jednym tchem Książkę wszystkich rzeczy. Rzeczywiście była zuchwała. Ja sam nie jestem ani trochę zuchwały, ale mnie łatwo mówić. Miałem szczęśliwe dzieciństwo. (…) Nie widzę żadnego powodu, dla którego mógłbym stać się zuchwały, ale myślę, że nieszczęśliwe dzieci mają do tego prawo.
Zadzwoniłem do pana Kloppera i umówiliśmy się na spotkanie. Spędziliśmy razem wiele wieczorów przy ogniu wesoło trzaskającym w kominku – i w ten właśnie sposób powstała ta książka.
- No i, Thomasie? – zapytałem ostatniego dnia. Od dawna byliśmy na ty. – Udało ci się?
- Co takiego, Guus?
- Zostać szczęśliwym.
- Tak – odpowiedział.
Po czym wypiliśmy po kubku gorącego kakao."
/Guus Kuijer, Książka wszystkich rzeczy/

wtorek, 20 maja 2014

Susan :)

W eseju o podróży do Wietnamu piszesz o różnicy między kulturą wstydu i kulturą winy.
Te dwie rzeczy mają pewną część wspólną - można się wstydzić tego, że nie spełniło się jakichś oczekiwań. Lecz ludzie czują się winni tego, że zachorowali. Ja sama lubię mieć poczucie, że jestem za coś odpowiedzialna. Ilekroć w moim życiu osobistym panuje bajzel (...) zawsze wolę wziąć odpowiedzialność na siebie, zamiast mówić, że to wina drugiej strony. Nie znoszę postrzegać siebie jako ofiary. Wolałabym już stwierdzić: no proszę, postanowiłam związać się z osobą, która okazała się zwykłą suką. To był mój wybór, a ja nie lubię zwalać winy na innych, bo znacznie łatwiej zmienić siebie niż kogo innego. A więc nie jest tak, że unikam odpowiedzialności, tylko moim zdaniem, kiedy zapadasz na jakąś poważną chorobę, to tak, jakbyś wpadł pod samochód - nie wydaje mi się, żeby sens miało rozważanie, przez co zachorowałeś. Sensowne jest natomiast zachowywanie rozsądku, na ile to możliwe, i szukanie właściwej terapii, a także podtrzymywanie w sobie ochoty do życia. Bez wątpienia, jeśli nie chcesz żyć, możesz stać się współodpowiedzialny za chorobę.
Hiob nie czuł winy - był uparty i przepełniony gniewem.
Ja byłam niezwykle uparta. Nie przepełniał mnie jednak gniew, bo nie było nikogo, na kogo mogłabym się gniewać. Nie można być wściekłym na naturę albo na biologię. Wszyscy umrzemy - to fakt, z którym bardzo trudno się pogodzić - i wszyscy doświadczamy procesu umierania. Wydaje się, że w ciele - a właściwie w głowie - tkwi zamknięta jakaś osoba. Jej fizjologiczna maszyneria wystarczy na siedemdziesiąt, góra osiemdziesiąt kilka lat przyzwoitego funkcjonowania. W pewnym momencie zaczyna się rozpadać i przez połowę życia, jeśli nie więcej, człowiek przygląda się własnej dezintegracji. I nie może temu w żaden sposób przeciwdziałać. Jest uwięziony w środku, a gdy mechanizm ostatecznie wysiada - umiera. Każdy człowiek doświadcza samego siebie w taki sposób. (...)
A jak odniesiesz się do filozoficznych i quasi-mistycznych prób pogodzenia tej dychotomii? Do tej pory mówiłaś o niej przez pryzmat doświadczenia i zdrowego rozsądku.
Myślę, że nie sposób nie odczuwać siebie jako istoty, która jest gdzieś uwięziona. Takie jest właśnie pochodzenie dualizmów - platońskiego, kartezjańskiego i wszystkich innych. Choć wiemy, że takie przekonanie nie daje się obronić na gruncie analizy naukowej, nie można być w pełni zmysłów i zarazem nie mieć poczucia, że własne "ja" przebywa w ciele. Można oczywiście próbować pogodzić się ze śmiercią i na starość zacząć zajmować się rzeczami, na które funkcjonowanie ciała nie ma znacznego wpływu, ale ciało przestaje być atrakcyjne dla innych i nie działa w satysfakcjonujący sposób, bo robi się kruche i podniszczone.
Tradycyjna ścieżka ludzkiego życia wygląda tak, że w pierwszej jego części człowiek zajmuje się raczej aktywnościami wymagającymi sprawności fizycznej, w drugiej zaś - umysłowej. Trzeba jednak pamiętać, że takie życie jest dziś niemal niemożliwe, a na pewno nie wspiera go społeczeństwo. Warto też dodać, że większość naszych przekonań o tym, co możemy robić w danym wieku i co wiek oznacza, jest całkowicie arbitralnych - równie arbitralnych jak stereotypy płciowe. Sądzę, że przeciwstawienie młodego staremu i męskiego kobiecemu to dwa stereotypy, które więżą ludzi bodaj w największym stopniu. Wartości kojarzone z młodością oraz męskością uznaje się za ludzkie normy, wszystko pozostałe zaś jest mniej ważne bądź gorsze. Starzy ludzie mają wielkie poczucie niższości. Wstydzą się starości.
/Myśl to forma odczuwania, Susan Sontag w rozmowie z Jonathanem Cottem/

piątek, 16 maja 2014

dobro jest niestopniowalne

W świecie, w którym zło jest wszechobecne, widać wyraźnie ile jest możliwości czynienia dobra. Okazuje się, że dobrego wyboru – niestety podobnie jak złego – można dokonać w prozaicznych sytuacjach życiowych, codziennie. W sklepie, w knajpie, w pracy, szkole, w autobusie i na spacerze z psem. W miejscach i momentach, które tylko z pozoru wydają się błahe i moralnie nieistotne. To, że takimi nie są, często okazuje się później. Na przykład kiedy analizuje się własną biografię.

niedziela, 11 maja 2014

motherism

Monika Tutak-Goll, "Jazda po matkach"
Lubimy osądzać: że matki są leniwe, roszczeniowe, rozlazłe kury, a dzieci to dla nich alibi.

Najpierw zapytała, co ze mną będzie. A co ma być? No wiesz, co potem? Potem wrócę do pracy. Albo mnie przyjmą, albo zwolnią, zobaczymy, dla mnie ważne jest to, co teraz. A teraz chcę być z dziećmi.
Znajoma pytała z troski, nie trzeba mieć jej tego za złe. Byłam dwa lata na urlopie wychowawczym, w drugiej ciąży, w planach - urlop macierzyński. Pytań, które każą się tłumaczyć, nie znosiłam najbardziej: "Kiedy wracasz do pracy?", "Co dalej?", "Szukasz już niani?", "Chyba czas wziąć się do roboty", "Ja bym zwariowała, gdybym miała tyle ciągnąć wychowawczy", "Odbiło ci?", "Taka z ciebie feministka, a z dziećmi siedzisz już trzeci rok".
"Siedzisz" - nieważne, że dorabiasz, łapiesz zlecenia, piszesz, kiedy cały dom już śpi. Nie masz etatu, nie wychodzisz z domu na osiem godzin, to "siedzisz". I nie robisz nic.
Osądzać i porównywać - to lubimy. Że matki są leniwe, rozlazłe kury, a "dzieci to dla nich zwykłe alibi". Roszczeniowe, a już "te wózkowe to najgorszy gatunek matki". Wygodne, ustawiły się, nie muszą pracować. "Święte krowy".
Aric Sigman, brytyjski psycholog, zauważył, że pojawił się nowy rodzaj uprzedzenia - "motherism". Coś jakby matczyzm. Dyskryminacja matek niepracujących albo zbyt długo przebywających na urlopach wychowawczych. Bo powinny sobie radzić, lekko godzić wychowanie dziecka z pracą, dom nie może im przeszkadzać w karierze. To one mają się dostosować do rynku pracy, nikt tu na nie nie będzie czekał z etatem. Wracaj szybko, bo wypadniesz z gry. Zresztą, jak wrócisz krótko po porodzie, to i tak cię podsumują: że wredna, od razu zostawiła dziecko. Za szybko też nie można. Cokolwiek zrobisz, i tak się tłumaczysz. Matka musi.
Poszłyśmy z tą znajomą na Kongres Kobiet w 2012 roku. Feministyczna impreza, tyle kobiet sukcesu. A mnie coś uwiera, gryzie. I czuję się nieadekwatnie, nie na miejscu. Bo słucham o przedsiębiorczości, że trzeba wziąć sprawy w swoje ręce, że damy radę, takie jesteśmy "superwoman na rynku pracy". Musimy mieć tylko żłobki, przedszkola, po macierzyńskim uśmiechamy się do pracodawcy, wciskamy się w marynarki - i cudownie, i do przodu. A ja kolejny rok na wychowawczym; jedno dziecko ma pięć lat, drugie już dwa. I myślę: czy są na sali samotne matki, które ledwo wiążą koniec z końcem? Czy są matki niepełnosprawnych dzieci, na których barki państwo zrzuciło całą pracę opiekuńczą? Czy są może kobiety, które nie mogą wrócić do pracy, bo w żłobku nie ma miejsc, a nie opłaca im się, by pracować na opiekunkę? A może są kobiety, które chcą po prostu być z dziećmi, zwyczajnie, bo czują taką potrzebę. Bo wolą wychowywać dzieci, budować z nimi więź, niż przekazywać je pod opiekę obcym? Nie wszystkie możemy i chcemy być superwoman. Nie wszystkie będziemy aktywne i przedsiębiorcze. Zróbmy miejsce dla wszystkich.
Agnieszka Graff powiedziała na tym kongresie: „Od lat słowo » przedsiębiorczość «służy w Polsce piętnowaniu ludzi biednych jako nieudaczników. Kobietom, a zwłaszcza matkom, jakoś szczególnie łatwo przypina się łatkę » roszczeniowych «”.
Agnieszka Graff, jedna z pierwszych, które publicznie przyznawały, że są feministkami, jedna z pierwszych, które walczyły o prawo do aborcji, staje w obronie matek. I domaga się szacunku dla ich pragnienia bycia z dziećmi. Pewna koleżanka ze środowiska powiedziała, że "Graff odbiło od macierzyństwa". Graff odpowiada: "Trudno walczyć jednocześnie o to, by być matką, i o to, by matką nie być. To się słabo rymuje. Ale dajmy kobietom prawo do wyboru".
W dzisiejszej rozmowie Agnieszka Graff tłumaczy: "Pragnienie dziecka to nie jest uczucie antyfeministyczne. Czas zająć się macierzyństwem". I przyznaje: "Temat macierzyństwa przegapiłyśmy". Została matką, dyskryminację odczuła na własnej skórze. I jeszcze usłyszała, że jej odbiło. Ja też to słyszałam. Może i ty to usłyszysz. Może nawet od koleżanki?
/”Wysokie Obcasy” 10 maja 2014/

Wysokie! Dzięki za ten wstępniak :) i za wywiad z Agnieszką Graff również :) To wszystko i moje myśli.

Doświadczenie opieki nad małym człowiekiem, ale też starym człowiekiem, schorowanym, doświadczenie totalnej zależności drugiej osoby, którą kochasz, to koniec indywidualizmu. Jednak to nie znaczy, że jedyną opcją jest powrót do konserwatyzmu. A tradycyjna opowieść jest taka: skoro się kimś opiekujesz i to sprawia, że nie jesteś samodzielnym bytem rynkowym, to ktoś musi się tobą zaopiekować. Kim ten ktoś ma być? Oczywiście twardzielem, mężczyzną, biskupem. Ja dlatego tak ostro stawiam sprawę z Kongresem Kobiet. Rolą feminizmu nie może być wytwarzanie siły roboczej dla kapitalizmu. Ten model - dyspozycyjności, samodzielności, kreatywności - według mnie się kończy. A pragnienie dziecka to nie jest uczucie antyfeministyczne. (...)
Jeśli masz dziecko, jesteś rozlazłą kwoką, jak nie masz, jesteś zimną suką, jak pracujesz, robisz krzywdę rodzinie, jak nie pracujesz, jesteś darmozjadem. Te stereotypy i sprzeczne oczekiwania siedzą w naszych głowach i powodują rozdarcie. Też je przeżywam. Jeżeli jesteś kobietą, która coś osiągnęła, czytasz, piszesz, zaczyna nie starczać ci doby. Dziecko jest zachłanne, wysysa energię, ale to jest wielka frajda, zmysłowa i emocjonalna. Pod koniec dnia miałam czasem poczucie, że ręce mi się trzęsą, nogi uginają od zmęczenia, ale koniecznie chcę przeczytać tę książkę. Przez to, że spędzam wiele godzin z dzieckiem, nie przestaję chcieć czytać i się rozwijać. Tylko brakuje mi doby. Nie wyrabiam się ze zobowiązaniami towarzyskimi, zawodowymi, społecznymi, życia jest za mało dla kobiety, która próbuje łączyć te dwa światy.
/Agnieszka Graff/